Jeden mandat nie wystarczy

Przez okręgi jednomandatowe może dojść do pęknięcia kraju

Tomasz Żukowski. Fot. Waldemar Kompała / Agencja Gazeta

Z TOMASZEM ŻUKOWSKIM ROZMAWIA WOJCIECH ZAŁUSKA, "W PUNKT" NR 2

Wojciech Załuska: W Polsce rośnie społeczne niezadowolenie. Część rozgoryczonych – np. Platforma Oburzonych lidera Solidarności Piotra Dudy i Pawła Kukiza – „leku na całe zło” dopatruje się w zmianie ordynacji wyborczej. Chce, aby posłowie byli wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych, tzw. JOW-ach, kojarzonych z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi...

Tomasz Żukowski: Kojarzonych także z tym, czego w nich nie ma… Polscy zwolennicy JOW-ów przypisują im wszystko, co dobre, a zapominają o wadach.

Pobierz cały numer

Prawo wyborcze i ordynacja nie są czymś abstrakcyjnym, oddzielonym od realiów kraju. To coś, co się szyje na miarę, dostosowuje do konkretnych warunków. Okręgi jednomandatowe mogą się sprawdzać w państwach, które mają długą tradycję stabilnej demokracji, gdzie mamy do czynienia z jednym albo kilkoma nakładającymi się na siebie podziałami socjopolitycznymi, tworzącymi przestrzeń dla dwóch obozów politycznych. Choć i to nie jest takie proste i oczywiste.

JOW-y pasują do polskich realiów?

– Moim zdaniem nie. Z kilku ważnych powodów. Po pierwsze geografia polskiej polityki jest taka, że zachód kraju mamy bardziej lewicowy i liberalny, a wschód – konserwatywny. Nie są to bardzo duże różnice, ale widoczne. Gdybyśmy wprowadzili ordynację większościową z JOW-ami, te różnice pogłębiłyby się. To znaczy na zachodzie wygrywałaby konsekwentnie partia lewicowa albo centrowa (kiedyś SLD, teraz PO), a w części wschodniej – partia prawicowa (czyli dziś PiS). Wyjątkiem od tej reguły byłyby wyspy wielkich miast (Warszawa, Łódź na wschodzie i np. prawicowe Zagłębie Miedziowe na zachodzie). Praktycznie jednak formacja centrowa (lub lewicowa) nie miałaby żadnej reprezentacji we wschodniej Polsce, a prawicowa w zachodniej.

W Wielkiej Brytanii w blisko dwóch trzecich okręgów z góry wiadomo, która partia wygra.

– Ale u nas mogłoby dojść do pęknięcia kraju. Nastąpiłaby bowiem regionalizacja głównych obozów politycznych. Siłą faktów, a nie wskutek decyzji politycznych i legislacyjnych kraj uległby nieformalnej federalizacji. A nie wiem, czy to dobry pomysł, aby dzielić Polskę na dwa obszary, różniące się wyraźnie politycznymi reprezentacjami, a także interesami, tradycją i tożsamością.

No i przy okazji okazałoby się, że prawie połowa ogółu prawicowych wyborców na zachodzie kraju oraz spory ułamek centrowych na wschodzie nie mają właściwie szans na reprezentację w Sejmie.

Zwolennicy JOW-ów twierdzą jednak, że okręgi jednomandatowe dają wyborcom większy wpływ na parlamentarzystów – bardziej uzależniają polityków od zwykłych ludzi.

– Generalnie jest lepiej, gdy wyborcy i ich reprezentanci mają ze sobą lepszy kontakt, ale ordynacja większościowa, stosowana w skali całego państwa, wcale tego nie gwarantuje. Przyjrzyjmy się znów Wielkiej Brytanii. Wbrew krążącym u nas mitom kandydaci głównych partii są tam wskazywani przez centrale. I w okręgach, w których tradycyjnie wygrywa Partia Konserwatywna lub Partia Pracy, nie zawsze są nimi ci, którzy dużo pracują w terenie. Często są to ludzie z londyńskiego establishmentu, bliscy współpracownicy premiera, eksperci, którzy niekoniecznie mają umiejętność zdobywania poparcia społeczności lokalnych. Kieruje się ich właśnie w takie miejsca, w których na pewno zdobędą mandat – wejdą do parlamentu, a potem będą mogli zajmować się sprawami ważnymi dla całego kraju, bez „tracenia czasu” na zabieganie o lokalnych wyborców.

Zwolennicy JOW-ów liczą, że otworzą one polską scenę polityczną, dadzą szansę nowym ludziom. Przykład brytyjski pokazuje, że i to nie jest pewne. W 1983 roku liberałowie (Liberal-Social Democratic Alliance) uzyskali poparcie 25,4 proc. wyborców, co – przy ordynacji większościowej – dało im… 3,5 proc. miejsc w parlamencie.

– Tak, dlatego w ordynacji większościowej frekwencja wyborcza jest z reguły niższa. Trudno się zmobilizować do aktywności, gdy nie ma się szans na sukces. Zwolennik Partii Konserwatywnej, mieszkający w okręgu zdominowanym przez Partię Pracy, z góry wie, że jego przedstawiciel nie wejdzie do parlamentu. I odwrotnie. W przypadku stronników mniejszych partii ten „współczynnik zniechęcenia” jest jeszcze większy.

W pewnych regionach ludzie przywiązani do jakiejś partii mogą być „trwale niezdolni” do zwycięstwa.

– W Wielkiej Brytanii realna walka wyborcza toczy się tylko w tych częściach kraju, w których może wygrać każda ze stron. Tam idą kampanijne pieniądze. W pozostałych okręgach kampania jest raczej nieożywiona. I właśnie w okręgach, w których dana partia z reguły nie wygrywa, testuje się młodych, ambitnych polityków. Wysyła się ich i mówi: „pokaż, co potrafisz”. Jeśli wypadnie dobrze, czyli np. zdobędzie więcej głosów, niż można się było spodziewać, to później dostanie okręg, w którym ma szansę zwyciężyć.

Tylko co to ma wspólnego z reprezentowaniem oddolnych interesów? Zwolennicy JOW-ów popełniają, moim zdaniem, poważny błąd. Otóż wszystko, o czym mówią, sprawdza się doskonale, ale nie w wyborach parlamentarnych, podczas których ważny jest wybór drużyny, która będzie rządziła całą Polską, tylko w wyborach samorządowych, gdy chodzi o lokalne sprawy, te najbardziej doraźne: przedszkola, żłobki, szkoły, drogi… Słowem o to, czym powinni zajmować się nasi gminni, dzielnicowi i miejscy przedstawiciele. A burmistrzów, wójtów oraz dużą część radnych wybieraliśmy w ostatnich wyborach większościowo, w jednomandatowych okręgach.

Czy poza Platformą Oburzonych Dudy i Kukiza JOW-y mają w Polsce liczących się zwolenników?

– Był taki moment, gdy opowiadała się za nimi PO. Ale czy teraz poprze je na serio, czy tylko potraktuje jako propagandowe hasło – nie wiadomo.

Moim zdaniem możliwość przeforsowania JOW-ów w Sejmie jest niewielka, ponieważ posłowie Platformy wybrani we wschodniej Polsce i posłowie PiS-u wybrani w zachodniej nigdy takiej ordynacji nie poprą. Ryzyko, że nowa ordynacja zablokuje im drogę do Sejmu, jest zbyt duże. A przecież nikt nie dołoży drew pod kociołek, w którym sam będzie ugotowany. I dobrze.

Dla mnie bardzo istotnym ostrzeżeniem jest to, co się stało na Ukrainie. Rządzący tam obecnie obóz Wiktora Janukowycza zawarł sojusz z oligarchami i przeforsował ordynację mieszaną. Teraz w mniej więcej połowie okręgów wybory są większościowe i w mniej więcej połowie – proporcjonalne. W tych ostatnich zwyciężyły opozycyjne partie centro-prawicowe, w okręgach większościowych wygrał obóz rządzący, czyli sojusz polityki i pieniądza. JOW-y odegrały więc na Ukrainie rolę stabilizatora istniejącego ładu. Okazało się, że przymierze władzy i kapitału czuje się w nich bardzo dobrze.

Jak skuteczna może być – na ubogich obszarach – kampania wspierana „dużymi pieniędzmi”, pokazały w Polsce wyborcze sukcesy senatora Henryka Stokłosy.

- Właśnie… Budzącą wątpliwości cechą JOW-ów jest to, że w naszej części Europy mogą zostać użyte do prywatnej polityki grup biznesowych. Ordynacja większościowa może wtedy skutkować wejściem do parlamentu dużej grupy ludzi biznesu zainteresowanych immunitetem czy innego rodzaju korzyściami, nieprzekładającymi się na budowę stabilnego i transparentnego systemu politycznego.

Jak widać, okręgi jednomandatowe z jedną turą głosowania są – w warunkach ukraińskiej „demokracji trzeciej świeżości” – podatniejsze na polityczne manipulacje prowadzone przez obóz władzy i najsilniejsze biznesowe grupy interesu niż ordynacja proporcjonalna. Pytanie o JOW-y jest więc w Europie Środkowo-Wschodniej również pytaniem o to, czy obóz władzy, walczący o utrzymanie zagrożonej pozycji, byłby gotów – w koalicji z grupami oligarchicznymi – wykorzystywać ten typ ordynacji do działań stabilizujących status quo, a więc „demokrację niskiej jakości”.

Choć w Polsce taki scenariusz trzeba uznać za znacznie mniej prawdopodobny niż na Ukrainie (mamy tu jednak inną kulturę polityczną i inny układ sił politycznych), to nie sposób go wykluczyć. Wprowadzenie ordynacji większościowej mogłoby prowadzić nie do wielkiej naprawy Rzeczpospolitej, ale do utrwalenia jej słabszych stron.

Tu mała dygresja. Gdy przeszło dziesięć lat temu, jeszcze przed „pomarańczową rewolucją”, byłem na Ukrainie i rozmawiałem z politykami prozachodnio-demokratycznymi, to zachwalali naszą ordynację proporcjonalną jako dobry sposób na naprawienie złych skutków ich ordynacji większościowej.

Kolejny argument Platformy Oburzonych: w partiach dominuje mentalność aparatu i przy obecnym systemie wyborczym jest przenoszona do Sejmu i polityki. Trzeba szukać sposobu na zmianę tego stanu rzeczy, JOW-y mogą być pomocne.

– Moim zdaniem ważniejsze są tu inne czynniki niż typ ordynacji. Jeśli są silne partie, to przy wyborach większościowych właśnie one prędzej czy później staną się ważnymi uczestnikami wyborczej gry. Zarówno w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii ostateczna decyzja o tym, kto kandyduje, będzie należała do władzy. Taka jest logika stabilnej demokracji. Oczywiście jest dobrze, jeśli istnieje możliwość testowania kandydatów danej partii przez wyborców. Dobrze też, gdy w systemie demokratycznym istnieją jakieś elementy prawyborów. Ale w Polsce taka konkurencja już jest. Mamy do czynienia – w przypadku wyborów parlamentarnych – z równoczesnymi wyborami proporcjonalnymi między partiami i większościowymi wewnątrz partii. Listy wyborcze – inaczej niż w niektórych krajach – nie są zamknięte, tylko otwarte, czyli zawierają znacznie więcej nazwisk. I często dla polityka X czy Y najważniejszym rywalem jest jego kolega ze wspólnej listy. Zwłaszcza ten, który w poprzednich wyborach dostał trochę więcej lub trochę mniej głosów.

Czyli tak jak Ukraińcy, z którymi pan rozmawiał, jest pan zwolennikiem polskiej ordynacji proporcjonalnej?

– Wolę ją od tej „czysto większościowej”. Warto jednak szukać takich modyfikacji „czystej proporcjonalności”, które zwiększą możliwość pluralistycznej debaty na dole i skłonią posłów do aktywniejszego zabiegania o poparcie lokalnych wyborców, bez prowadzenia wojen z kolegami. Zachęcam do przyjrzenia się rozwiązaniom z Irlandii, Węgier, Niemiec… Uważam też, że mimo różnic między nami i Ukrainą trzeba dmuchać na zimne, czyli pilnować, aby środowisko, w którym żyjemy, w jak największym stopniu sprzyjało demokracji.

Co pan ma na myśli?

– Bardzo ważnym uczestnikiem gry wyborczej są np. spluralizowane regionalne i lokalne media. To tam, a nie w prasie ogólnokrajowej, są prowadzone lokalne kampanie, lansowani kandydaci i komitety wyborcze. Tymczasem niedawno bardzo duży koncern medialny Polskapresse podpisał z firmą Mecom umowę kupna 100 proc. udziałów w spółce Media Regionalne. W konsekwencji uzyskał w tym segmencie rynku prasowego pozycję dominującą. Czy to jest zdrowy mechanizm? Oczywiście wiele zależy od tego, jak te media będą się zachowywać. Ale zdecydowanie bezpieczniejsza dla demokracji byłaby sytuacja, w której gazety miałyby wielu właścicieli i opisywały lokalną rzeczywistość z różnych, niemożliwych do centralnej koordynacji, punktów widzenia.

Na koniec powinniśmy chyba podziękować Piotrowi Dudzie i Pawłowi Kukizowi, że nas do tej rozmowy zmobilizowali.

– Na pewno dla tych, którzy interesują się polityką, ich inicjatywa jest zachętą do debaty, analizy, ma walor edukacyjny. Gdy chodzi o szerszą publiczność, to okręgi jednomandatowe niepotrzebnie wykreowano na utopijny wzór dobrego ładu. Tak naprawdę żadna ordynacja nie jest panaceum – nie zastąpi dobrych programów i skutecznych ugrupowań politycznych.

Tomasz Żukowski – socjolog, pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego, autor i współautor książek oraz artykułów naukowych i popularnonaukowych poświęconych opinii publicznej, ewolucji polskiego systemu politycznego, wyborom, działalności organizacji pracowniczych oraz sytuacji młodzieży

Wojciech Załuska – współpracuje z mediami katolickimi, redaktor magazynu „W Punkt”; w latach 1985–1989 członek redakcji wydawanego w drugim obiegu tygodnika „Wola”, przez następnych dwadzieścia lat dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter