Kryzys bezruchu Platformy

Tusk przegapił ewolucję własnego elektoratu. PO i PiS będą walczyć o centrum, które nie ma dokąd pójść

Fot. Łukasz Szeląg/Reporter

Z ALEKSANDREM SMOLAREM ROZMAWIA WOJCIECH ZAŁUSKA, "W PUNKT" NR 3

Wojciech Załuska: Jeśli sondażowe tendencje się utrzymają do wyborów, skończy się czas – dość wyjątkowy po 1989 roku – w którym o kształcie Sejmu decyduje umiarkowany elektorat. W wywiadzie dla „Polityki” Donald Tusk mówi: „Jeśli Polacy w 2015 roku powiedzą: znudziliście się nam definitywnie, teraz chcemy kogoś, kto wywróci ten porządek, to będzie znaczyło, że podstawowe przesłanie Platformy przestało być ważne dla szeroko pojętego społecznego centrum. Jestem przekonany, że to centrum i jego emanacja, jakim była i jest PO, pozostaje absolutnie bezcennym zjawiskiem w polskiej polityce”.

Aleksander Smolar: Pierwszy raz słyszę, aby premier Tusk posługiwał się pojęciem partii centrum, które wywodzi się z lat 90., czasów Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Platforma Obywatelska nigdy samej siebie tak nie nazywała. Poprzednik PO – Kongres Liberalno-Demokratyczny – określał się jako partia liberalna. Platforma wolała mówić o sobie jako o formacji liberalno-konserwatywnej. Później konserwatyści z PO – najpierw Jan Rokita, potem Jarosław Gowin – redefiniowali Platformę, nazywając ją partią konserwatywno-liberalną. Po usunięciu z Ministerstwa Sprawiedliwości Gowin zmienił język, oczywiście ze względów taktycznych. Znów określał PO jako partię liberalno-konserwatywną, aby nie tracić kontaktu z większością wyborców i z większością członków Platformy. Można więc powiedzieć, że PO jest partią ideowo obrotową. Zawsze taka była.

Dlaczego?

– Wynikało to zapewne z traumatycznych dla Tuska i jego kolegów doświadczeń z KLD i Unii Wolności, do której należeli liberałowie, a także z losów innych formacji, które, rządząc, utraciły społeczne poparcie i rozpadły się jak Akcja Wyborcza Solidarność. Tusk z kolegami wybrali perspektywę do bólu pragmatyczną – postanowili nie definiować się w kategoriach ideowych, tylko odpowiadać na bieżące potrzeby, uwzględniając sytuację i oczekiwania wyborców. PO to nie jest partia, która próbuje realizować jakąś wizję Polski.

Ale można chyba ogólnie powiedzieć, że wybory 2007 i 2011 roku wygrał elektorat centrowy, a skrajne postawy w polskiej polityce udało się na kilka lat zepchnąć na pobocze.

– Można, choć nie bardzo wiem, gdzie szukać tych skrajności. Mieliśmy natomiast problem rozwodu z rzeczywistością po katastrofie smoleńskiej, kiedy PiS budowało bardziej sektę niż partię polityczną. Teraz próbuje od tego odejść. Na tym tle Platforma była partią pragmatyczną, która zajmowała się bieżącym dniem. Unikała radykalnego, ideologicznego języka. I w tym sensie odpowiadała największej części społeczeństwa, która chciała mieć spokój i perspektywę poprawy życia.

Pobierz cały numer

Czy to jest, pana zdaniem, definicja centrowego elektoratu w Polsce?

– To zależy od sytuacji politycznej. W kontekście radykalnej polaryzacji ideowej centrum też musi się jakoś pod tym względem definiować. I definiuje się przeciw skrajnościom. Tylko że my nie mamy dzisiaj stanu radykalnej polaryzacji. Oczywiście, istnieje spór między PO i PiS-em. Ale PiS, mając szansę na wygranie następnych wyborów, właściwie porzuciło język ideologiczny, tak kiedyś typowy dla Jarosława Kaczyńskiego. Język przeciwko komunie, starym elitom, język lustracji i dekomunizacji, tajnych stolików, służb specjalnych, postkomunistów i zdrajców z Solidarności.

A więc nie bójmy się już PiS-u?

– Tego nie mówię. Partia Kaczyńskiego jest zagadką: jeśli chodzi o postulaty programowe, jest dość umiarkowana, opozycyjno-prawicowa, ale bywa sektą. Co się z tej mieszanki wyłoni, nie wiadomo, a ta niepewność może być źródłem poważnego niepokoju, zwłaszcza jeśli pamięta się rządy PiS-u.

Potrafi pan oddzielić w PiS-ie szaleństwo od wyrachowania?

– Nie potrafię. Bo objawy tego, co nazywamy szaleństwem, równie dobrze mogą się okazać wyrachowaniem. Kiedy Kaczyński używa języka spiskowego, apokaliptycznego, postsmoleńskiego, w którym – choć to nie do końca jasne – katastrofa smoleńska jest efektem spisku rosyjskiego czy rosyjsko-polskiego, robi to z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to ekspresja wielkich emocji, wynikających z przeciągającej się żałoby po śmierci brata... I te wielkie emocje od czasu do czasu wybuchają. Ale – po drugie – jest w tym rachunek polityczny. Chodzi o betonowanie najwierniejszego elektoratu, który po części pokrywa się ze słuchaczami Radia Maryja, osobami wyalienowanymi z obecnej rzeczywistości, które nie mogą uwolnić się od tęsknoty do prostszych czasów. Nie znaczy to, że tęsknią za komuną, bo np. z powodu wrogości do religii komuny nie znoszą. Tęsknią jednak za czasami, które były przewidywalne, w których każdy znał swoje miejsce, nie trzeba się było uczyć, co to jest książeczka czekowa lub internet. Obecny świat jest dużo bardziej skomplikowany – z wielkimi różnicami społecznymi, poważnym bezrobociem. Rozdzielenie tych dwóch wątków jest trudne, a powodzenie zależy od zdolności eksponowania raz jednego, który odwołuje się do emocji, a raz innego, który odwołuje się do pragmatyzmu, by różnymi drogami dotrzeć do elektoratu niezadowolonego z obecnej sytuacji. Elektoratu rosnącego, bo większość Polaków jest niezadowolona, zwłaszcza teraz, gdy pogorszyła się koniunktura i istnieją obawy, że będzie jeszcze gorzej.

Wraz ze wzrostem cen, zwolnieniami, debatą o niewydolności systemu emerytalnego Polacy uświadomili sobie, że jest kryzys.

– Tak. Wcześniej długo tego nie przyjmowali do świadomości, bo koniunktura była u nas lepsza niż w wielu krajach. Dotarły do nas jednak lęki znane już w Europie i to sprzyja ostrej opozycji wobec rządzących, dostrzeganiu błędów, nawet jeśli rząd nie jest winny w tym czy innym przypadku. Ludzie zaczęli sobie zdawać sprawę, że obecna sytuacja kryzysowa jest niebezpieczna i trzeba zacząć działać. Tusk przegapił moment ewolucji własnego elektoratu i jego język przestał być adekwatny do ich odczuć, więc nie przestał być skuteczny. Jest tu pewne podobieństwo do czasów koalicji SLD-PSL, kiedy premierem najpierw był Waldemar Pawlak, potem Józef Oleksy, a w końcu Włodzimierz Cimoszewicz. Od dwóch pierwszych oczekiwano spokoju. Pamiętam z tego okresu tekst Teresy Boguckiej w „Gazecie Wyborczej”: „Postój na środku rzeki”. Środek rzeki – to był symbol – trzeba iść, ale każdy chce postać sobie i odpocząć.

Gdy przyszedł Cimoszewicz, nastąpiła wyraźna zmiana atmosfery – ludzie oczekiwali działania. Przez pierwsze lata rządów Tuska istniała relatywnie dobra koniunktura i otrzymywaliśmy bardzo dużo pieniędzy z Unii Europejskiej. Można więc było sobie postać i pogadać, poopowiadać o miłości, piłce nożnej… Ale to się skończyło i Tusk wyraźnie czuje się bezradny. Obecna władza nie jest na tę sytuację przygotowana, nie ma pomysłów, co dalej. Jak dotąd zrobiła tylko jedną istotną reformę – podniosła wiek emerytalny.

Ten czas mobilizacji społecznego centrum wokół PO się kończy?

– To kwestia otwarta. Centrowy elektorat PO nie ma gdzie pójść. Przez pewien czas wydawało się, że będzie miał, i to było dla Platformy istotnym zagrożeniem.

Co ma pan na myśli?

– Europę Plus i inicjatywę Aleksandra Kwaśniewskiego. Zawsze tak jest w centrum, że część tego elektoratu ma lekki przechył konserwatywny, a część – lekki przechył lewicowy, więc oczekuje państwa opiekuńczego. Nie jest przypadkiem, że jakiś czas temu w wywiadzie dla „Polityki” Tusk scharakteryzował swoje poglądy jako socjaldemokratyczne, bo pragnął uspokoić elektorat, by nie spoglądał na lewicę. Z drugiej strony jest też elektorat modernistyczny, który chce nowoczesności nie tylko w sensie ekonomicznym, lecz także kulturowym. To lewica obyczajowa. Domaga się zalegalizowania związków partnerskich, in vitro i przyjęcia nowych praw, które w całym świecie przebijają się na pierwszy plan, zwłaszcza w środowiskach klasy średniej, która ma już zaspokojone elementarne potrzeby materialne.

Ta lewicowa alternatywa Kwaśniewskiego zaczęła się jednak sypać i centrolewicowy wyborca znów nie miał gdzie odejść od PO. Nie pójdzie do Millera, bo to już przeszłość. Może więc Palikot? Ale też nie – spalił się. Był głosem protestu części klasy średniej i młodzieży, ale nie potrafił tego przekuć w solidny program partyjny. Próbował integrować się z projektem Kwaśniewskiego, ale były prezydent nie miał ochoty angażować się na sto procent – nie jest na to gotowy, nie chce mu się harować.

Kaczyński próbuje wykorzystać dezorientację centrowego elektoratu, więc obniża poziom strachu przed PiS-em?

– Oczywiście. Dlatego zastępuje język apokaliptyczny – strachu, sekty – językiem bardziej pragmatycznym, w którym jest mowa o nierównościach, osłonie socjalnej, indolencji władzy. I jak widać z sondaży – jest to język, który trafia do dużej części społeczeństwa. Zmieniając go i forsując typ krytyki, który jest do przyjęcia dla elektoratu umiarkowanego, Kaczyński próbuje przejąć część centrowych wyborców, także tych lewicowych – ludzi, którzy bardziej boją się przyszłości, czują się zagrożeni bezrobociem, bardziej nieufnie odnoszą się do idei multikulturalizmu czy tolerancji dla mniejszości seksualnych. Nie ma tu jednak pola do konfrontacji z PO, ponieważ ta wycofała się ze wszystkich sporów ideowych, dzielących jej elektorat i aparat partyjny (może poza sporem o in vitro). PiS, zainteresowane podkreślaniem swego konserwatyzmu obyczajowego, może czasem określać się w opozycji do Palikota, ale partia tego ostatniego nie jest dziś ośrodkiem mobilizującym elektorat PiS-u.

W ostatniej dekadzie centrowy elektorat był spajany przez lęk przed Kaczyńskim. Co zjednoczy go, gdy Kaczyński przestanie straszyć? Czy to zjawisko da się opisać w kategoriach trwalszych niż emocje?

– Ja tu jestem trochę sceptyczny. Tacy wyborcy oczywiście są, ale jak zmieni się mapa polityczna, to znajdą się w różnych obozach. Dziś mamy dwa wielkie bloki, ale co właściwie je spaja poza osobami wodzów? Zniknięcie wodza zarówno w PO, jak i w PiS-ie może doprowadzić do szybkich i istotnych przekształceń. Po prawej stronie mamy np. różne odpryski elit bez wyborców, które odeszły z PiS-u bądź zostały stamtąd wyrzucone… Jest tam również Jarosław Gowin, który wystąpił z PO. Innymi słowy, zdaje mi się, że wciąż mamy jedynie pozory politycznej stabilności.

Może pan sobie wyobrazić, co wydarzy się w polityce w najbliższym czasie? Kogo niosą społeczne prądy?

– Nie mam takiej wyobraźni. Mówimy przecież o polskiej polityce – jej struktury są słabe, dużą rolę odgrywają media, a wiele zależy od pojawienia się charyzmatycznej postaci, która jest w stanie dać nadzieję… I ona może pojawić się w różnych segmentach sceny politycznej.

Zazwyczaj analizuje się je oddzielnie – mówi się albo o rosnącej prawicy, albo o lewicy, albo o centrum. A my – jak mi się wydaje – mamy kryzys sceny politycznej w całości. PiS jest silne, ale rośnie głównie dlatego, że PO słabnie. W Platformie pojawiły się konflikty widoczne gołym okiem i poczucie zagubienia, szok, że po latach miłości Polacy są gotowi ją porzucić. Nie wiadomo, czy to się stanie, ale np. wybory uzupełniające w Elblągu pokazały, że taki scenariusz jest możliwy. Może się więc zacząć proces rozkładu PO… Mamy wreszcie kryzys lewicy, w której są dwie formacje – niemogące dojść do porozumienia, walczące o wpływy. Jakakolwiek reintegracja, jakiekolwiek pojawienie się silnej osobowości w którymś z tych segmentów doprowadzi do zmian całej mapy politycznej.

W kontekście jakich zjawisk w europejskiej polityce zmiany te mogłyby zajść?

– Nieprzezwyciężonego kryzysu i wciąż dużej niepewności co do drogi, jaką Unia wybierze. Czy to będzie dalsza i głębsza integracja, a jeżeli tak, to czy nastąpi wokół euro? Jakie będzie miejsce Polski w nowym układzie? Te sprawy mogą mieć wpływ na polskie wybory. Bo jeśli PO, podążając za nową integracją, zaangażowałaby się w promowanie projektu euro, to PiS natychmiast wykorzystałoby to i przy obecnej koniunkturze oraz nieufności społeczeństwa wobec euro Platforma by na tym raczej straciła.

A to, że Unia wkrótce przyjmie budżet do 2020 roku?

– To niewątpliwie zamortyzuje zjawiska kryzysowe, może pomóc PO, ale w ograniczonym stopniu, bo ludzie przywykli do unijnych pieniędzy.

Z tego, co pan mówi, wynika, że czas, w którym centrowy elektorat rozdawał karty, został przez PO trochę zmarnowany.

– Tego nie powiedziałem. Myślę, że jest miejsce na silną partię centrum, ale taką, która będzie miała projekt reform. I to jest większość obecnej PO, która może jeszcze zyskać poparcie lewicy.

Moim zdaniem kryzys Platformy bierze się z bezruchu. Sytuacja się zmienia, a PO trwa w stagnacji. Gdyby były tam silna wola, projekty i zdecydowany język (że załatwiliśmy w Unii poważne środki, że one nam pomogą w modernizacji Polski, ale musimy zrobić to i to z finansami publicznymi, administracją, edukacją, służbą zdrowia), byłaby szansa na odzyskanie inicjatywy. Na razie daje się koncesje nauczycielom i pracownikom naukowym, ale niczego w zamian nie wymaga się od nich. Rządzący uważają pieniądze z Unii za mannę z nieba, a od społeczeństwa nie oczekują niczego. To podstawowe błędy polityczne i psychologiczne.

Czy w tym, co pan mówi, kryje się tęsknota za kreowaniem dynamicznej zmiany?

– Nie, ale uważam, że przywódcy Platformy, pamiętający niepowodzenia sprzed wyborów wygranych w 2007 roku, reagują strachem na każde wezwanie do działania. Strach nigdy nie jest dobrym doradcą. Nicnierobienie w pewnych sytuacjach może być pozytywne, ale ta polityka doszła już do swych granic.

Mam czasem wrażenie, że pomysł na to, jak z centrum zrobić trwalsze zjawisko, w największym stopniu ma prezydent Bronisław Komorowski. Tworzy wokół pałacu syntezę różnych nurtów ideowych.

– Komorowski próbuje połączyć umiarkowane wersje wartości konserwatywnych z wizją umiarkowanej modernizacji. W bardziej radykalnej wersji prezentuje to Gowin, który jest większym konserwatystą i większym modernistą zarazem. I na pewno w przypadku Polski tego typu synteza nowoczesności i konserwatyzmu jest potrzebna. Oczywiście, te poglądy w różnym stopniu rozkładają się na różne partie. Na tym zresztą polega demokracja. Raz wygrywa jedna partia, kładąca nacisk na jedne wartości, raz inna, kładąca nacisk na inne. Rzecz jasna, pojawiają się czasem wybitni politycy, potrafiący tworzyć syntezy. Na początku transformacji kimś takim był Tadeusz Mazowiecki, który był konserwatywny, a jednocześnie modernistyczny.

Zawsze miałem wrażenie, że gdyby centrowi wyborcy połączyli swoje wyobrażenia o polityku, to powstałby Mazowiecki. Ale w latach 90. nie powstał. Mazowiecki był premierem przez półtora roku (1989–1991) i przegrał wybory prezydenckie.

– To zrozumiałe. Ludzie oceniali go – i słusznie – nie po słowach, które wypowiadał, ale po praktyce jego rządów, a te rządy były rewolucyjne. Mazowiecki mówił o potrzebie wprowadzenia religii do szkół, o dobrych stosunkach z Kościołem, ale dla opinii publicznej najważniejsze były radykalne i niepopularne zmiany zaproponowane przez wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza.

Czy Komorowski – po osłabnięciu Tuska – może być liderem centrum?

– Komorowski używa języka, który trafia do wyborców centrowych i to jest jednym ze źródeł jego powodzenia. Jednak ze względu na cechy charakteru nie jest człowiekiem, który mógłby zbudować partię. On był w dużych formacjach (np. w Unii Wolności), ale ich nie tworzył, nie był przywódcą. Jego cnoty czy talenty są innego rodzaju. Jako prezydent mógłby odgrywać rolę osłony odważniejszej wersji PO. W wielu sprawach jest też bardziej wiarygodny od Tuska, w którego konserwatyzm często trudno uwierzyć. Nie twierdzę, że premier nie jest chrześcijaninem, ale to nie jest cecha widoczna u niego na pierwszy rzut oka. Natomiast Komorowski potrafi godzić różne wartości, różne idee. Reprezentuje syntezę, która byłaby dla Polski najlepsza: pewien konserwatyzm kulturowy, obyczajowy, połączony z umiarkowanym modernizmem społeczno-ekonomicznym.

Rozmawiał Wojciech Załuska

Aleksander Smolar – politolog, publicysta, członek International Forum Research Council w Waszyngtonie; członek Rady Dyrektorów Institute for Human Sciences przy Boston University; w latach 1989-1990 doradca ds. politycznych premiera Tadeusza Mazowieckiego, w latach 1992-1993 doradca ds. polityki zagranicznej premier Hanny Suchockiej. Prezes Fundacji Batorego od 1990 roku

Wojciech Załuska – współpracuje z mediami katolickimi, redaktor „W Punkt”; w latach 1985–1989 członek redakcji wydawanego w drugim obiegu tygodnika „Wola”, przez następnych dwadzieścia lat dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter