W podróży najbardziej brakuje mi masła

Kiedy wreszcie wsiadłam do samolotu, cieszyłam się, że obok mnie siedzi dwóch austriackich biznesmenów, których nie interesuje nawet, jak mam na imię

Ludwika Włodek z synem Mikołajem na przełęczy Chargusz (4344 m n.p.m.) w Pamirze. Lipiec 2013, fot. archiwum prywatne

TEKST LUDWIKA WŁODEK, "W PUNKT" NR 3

W pierwszą noc po powrocie obudziła ich jakaś pijacka sprzeczka na sąsiedniej ulicy. Spali w swoim starym mieszkaniu w Bukareszcie. Przed wyjazdem nie wydawało im się specjalnie głośne. Teraz drażnił ich każdy szelest. Przeszkadzał im sąsiad spuszczający wodę, tramwaj, odgłos windy i trzaskające drzwi od klatki schodowej.

– Najgorszy był deszcz – opowiada John. – W Afryce spaliśmy przez 14 miesięcy w namiocie. Jeśli padało, co i tak zdarzało się bardzo rzadko, byliśmy jakby w środku. Słyszeliśmy każdą kroplę uderzającą o tropik. Po powrocie deszcz walił z oddali, nie było go wokół nas, dochodziło tylko dudnienie o parapet, zupełnie inny dźwięk, natarczywy, zaskakujący, trudno nam się było do niego przyzwyczaić.

Może właśnie z tego powodu Ana i John po roku spędzonym w Rumunii wyjechali znowu. Kiedy ich spotkałam na Pamirze w Tadżykistanie, byli w drodze od trzech miesięcy. Przejechali już Ukrainę, południową Rosję, Kaukaz, Kazachstan i Uzbekistan. Nie bardzo wiedzieli, ani dokąd pojadą dalej, ani kiedy wrócą do domu.

Podróżowali na motorach. Kilka dni wcześniej spotkali po drodze Jacques’a i Gires’a jadących na rowerach. Francuzi zatrzymali się w tym samym hoteliku co ja. Ana i John przyszli ich odwiedzić i tak poznałam jednych i drugich.

Pobierz cały numer

Lepioszka od pasterzy

Siedzieliśmy wokół niskiego, nakrytego ceratą stołu, na wielkich kanapach, zupełnie niepasujących do reszty siermiężnego wnętrza, przykrytych chińskimi tandetnymi kocami w psychodeliczne misie i Myszki Miki. Na stole stał termos z wrzątkiem, który na tej wysokości – Murghab położony jest 3600 metrów ponad poziomem morza – nigdy właściwie nie miał szans być wrzątkiem. Nasz tadżycki gospodarz co i raz przychodził z podwórza i zachęcał, żebyśmy jeszcze zrobili sobie herbaty albo kawy, bo u niego płaci się tylko raz za wszystko i pić można potem do woli.

Nad pustynnym płaskowyżem, otoczonym suchymi, księżycowymi górami, zapadał zmierzch. Daleko na horyzoncie, nad płaskimi dachami domów lśnił biały siedmiotysięcznik, położony już po chińskiej stronie granicy. Ulokowany w dole miasteczka bazar, na który składało się kilka blaszanych barakowozów zamienionych na stoiska i ze dwie murowane jurty, dawno już przestał działać. Poszczekiwały psy, od strony szosy wiodącej do Kirgistanu dobiegał tylko warkot chińskich tirów. Do pomieszczenia weszli jeszcze Wolfram, pięćdziesięcioczteroletni Niemiec, i jego dwudziestoletni syn Silvan. W naszym hotelu tylko jedli kolację, spali w swoim campingcarze zaparkowanym zaraz za bramą, którym przyjechali na to pamirskie pustkowie aż ze Szwarzwaldu.

Co i raz przysiadał się także Ergasz, Pamirczyk, z którym ja, moja mama i mój trzyletni syn zabraliśmy się z Chorogu. Rozmawiając z nowopoznanymi znajomymi, pisałam na komórce jednocześnie mail w jego imieniu do jego potencjalnego klienta. „Dear Jeremy, the whole trip will cost 2000 euros. You don’t need to look for a hotel in Dushanbe, I will meet you in the airport and bring you to the guesthouse. The fee of the guest house is not included in the price. Payment in cash, 50 percent in the beginning, the rest in the end…”. Tłumaczyłam na bieżąco na angielski to, co Ergasz dyktował mi po rosyjsku. – Boże, facet – pomyślałam sobie o tym Jeremim – jest skłonny zapłacić dwa tysiące euro za podróż, na którą ja wydałam zaledwie kilkaset dolarów, i to tylko dlatego, że podróżowałam w towarzystwie matki i syna, zależało mi na czasie i ich komforcie. Jednocześnie Jacques i Gires opowiadali, że 10 dolarów, które mieli zapłacić za nadchodzącą noc (tyle kosztował nasz hotel), to pierwsze pieniądze, jakie wydadzą, od kiedy wjechali w Pamir. Do tej pory nocowali w namiocie albo u ludzi. Poprzedniego ranka kirgiscy pasterze z jurty, obok której biwakowali, przynieśli im całe śniadanie – świeżutką, dopiero co upieczoną lepioszkę, jogurt i kawałek słonego masła. Nie wzięli za to ani grosza.

– O tak, masło, tego mi chyba najbardziej brakuje w podróży – podniecał się Gires. – Raz w Turcji kupiłem sobie takie małe opakowanie, 125 gramów, i zjadłem całe od razu.

Gires jest w drodze od dwóch i pół roku. Zjeździł Europę, Kaukaz, Iran, był nawet w Turkmenistanie. Dwa razy zmieniał dziewczyny. Z ostatnią, Czeszką, rozstał się pół roku temu w Tbilisi, bo zakochała się tam w jakimiś Irańczyku. Ale dzięki temu, że nie polecieli razem na święta do niej do domu, do Pragi (Gires miał już bilet do Europy), zobaczył się z rodzicami, których nie widział od roku. Posiedział kilka dni w swoim rodzinnym Besançon i odleciał z powrotem do Gruzji, skąd ruszył w dalszą drogę.

– Wtedy było mi chyba najciężej. Jechałem przez kilka dni zupełnie sam przez wschodnią Turcję i miałem poczucie, że to bez sensu, że może powinienem dać spokój, rzucić to wszystko i wrócić. Ale potem, jak wjechałem do Iranu, znów mi się zaczęło podobać.

Przez pierwsze dwa tygodnie w Iranie ani razu nie nocował w hotelu. Ludzie zapraszali go do siebie tak często, że większości musiał odmawiać, bo był już umówiony z kim innym. Mijający go kierowcy zatrzymywali samochody i dawali mu jedzenie. Nie rozumieli, jak nie chciał. Aż w końcu zaczął prosić, żeby sami spakowali to, co mu dają, na jego rower. – Dopiero wtedy przekonywali się, że mam już tyle innych rzeczy, które ktoś wcześniej mi podarował, że po prostu nie jestem w stanie przyjąć nowych prezentów, bo nie mam ich jak ze sobą zabrać. A i zjeść wszystkiego na raz też nie mogę.

To w Iranie Gires poznał Jacques’a. Od razu przypadli sobie do gustu i postanowili jakiś czas popodróżować razem. Jacques urodził się nawet tego samego dnia co Gires, tylko pięć lat później (pierwszy ma 25, drugi 30 lat) i nazywa się Besançon, tak jak rodzinne miasto, skąd pochodzi Gires. Reprezentują jednak zupełnie inne typy podróżników. Jacques dokładnie wie, że jak minie rok, wróci do Francji, do swojego starego życia, do pracy – jest informatykiem w wielkiej korporacji. Gires nie wie jeszcze ani jak wróci, ani czy w ogóle chce wracać. Na razie podoba mu się tak, jak jest. Kiedyś projektował strony internetowe, dziś też trochę zdalnie dorabia w ten sposób, poza tym sprzedaje zdjęcia przez internet, mało wydaje, starcza mu.

Strefy komfortu

Silvan tylko zaczął swoją opowieść – po maturze wyjechał na cztery miesiące do Kanady, potem wrócił, skończył roczny kurs rzeźbienia w drewnie – i zawołała mnie mama. Była wściekła. Od wysokości bolała ją głowa, niewygodnie jej było na twardej pryczy, przeszkadzała jej świadomość, że w pościeli, którą dostałyśmy, na pewno spało przedtem kilkanaście osób, a przede wszystkim drażniły ją dobiegające z korytarza odgłosy naszych śmiechów. – Ile można gadać z obcymi ludźmi? – pytała mnie zdziwiona i zirytowana. – Przecież ty ich poznałaś dwie godziny temu. Co wy macie sobie takiego ciekawego do powiedzenia?

Obiecałam jej, że będziemy ciszej, i szybko wróciłam do towarzystwa. Nie bardzo umiałam jej wytłumaczyć, co mnie tak pociąga w tej przerwanej przed chwilą rozmowie. Ale faktycznie gadało mi się z nimi wszystkimi, jakbyśmy się znali od lat. Mieliśmy tyle podobnych doświadczeń, tyle wspólnych wspomnień, choć widziałam ich wszystkich pierwszy (i pewnie ostatni) raz w życiu. Nigdy nie byłam poza domem tyle co Gires, a nawet tyle co Ana i John. Najdłużej podróżowałam ciurkiem przez pół roku, i to wcale nie rowerem ani motorem, tylko w najzwyklejszy sposób: autobusami, stopem, pociągiem, samolotem.

Jednak doświadczenia, o których opowiadaliśmy sobie tej nocy w Murghabie, były jakoś podobne. Też doceniam w podróży kontakt z miejscowymi. Właściwie uważam, że to najważniejsza rzecz. A jednocześnie doskonale rozumiałam Gires’a, który po dwóch tygodniach w Iranie wynajął pokój w hotelu i przez trzy dni z niego nie wychodził, bo tak miał dosyć bycia wśród obcych, serdecznych ludzi, z którymi trzeba ciągle rozmawiać, być miłym, uśmiechać się, dziękować za ich życzliwość i odwzajemniać się, z uwagą słuchając ich opowieści.

Tak samo czułam się po tygodniu spędzonym w Abchazji i wśród gruzińskich uchodźców z tego kraju osiadłych zaraz za granicą, w okolicach Soczi i Krasnej Poljany. Kiedy wreszcie wsiadłam do samolotu do Wiednia, cieszyłam się, że obok mnie siedzi dwóch austriackich biznesmenów albo pracowników jakichś organizacji rządowych, którzy nic mi nie chcą dać, nigdzie nie próbują mnie zaprosić, nie interesuje ich nie tylko to, ile zarabiam, ale nawet to, jak mam na imię i czy podoba mi się Abchazja.

Mnie też brakuje masła w podróży i podobnie jak Silvan mam mieszane uczucia co do jeżdżenia samotnie. Z jednej strony faktycznie otwieram się wtedy bardziej na ludzi spotkanych po drodze, a z drugiej tak mi żal, gdy widzę coś pięknego i nie mogę się z nikim tym razem nacieszyć. Zgadzam się z Jacquesem, że podróżowanie, takie prawdziwe podróżowanie, polega na ciągłym tworzeniu sobie czegoś, co on nazywał strefami komfortu, i wychodzeniu poza nie. – Po pewnym czasie uczysz się funkcjonować w nowej rzeczywistości – opowiadał. – Przyzwyczajasz się, że nie masz na śniadanie swojej ulubionej kawy, że nie możesz usiąść na sedesie i że nie odjeżdżasz o tej porze, o której zamierzałeś. Oswajasz to wszystko, uczysz się gadać z ludźmi, przystosowujesz do ich świata i znowu zaczynasz czuć się w nim swojsko. Ale wtedy znów jedziesz dalej i wszystko się zmienia. I to jest właśnie najfajniejsze.

Też tak myślę. I też jak Ana i John przeżyłam to dziwne uczucie pustki i miałkości warszawskiego życia, ogarniające po długiej podróży.

Kto powiedział, że trzeba mieć normalne życie?

Nie jestem jednak taka jak oni. Nigdy nie zdecydowałabym się sprzedać wszystkiego, co mam, i wyruszyć w niekończącą się podróż. Właściwie lubię wracać do swojego mieszczańskiego życia, do mieszkania, gdzie raz na tydzień przychodzi sprzątaczka, a pamiątki z podróży mają swoje ściśle określone miejsce.

Ten wieczór, spędzony w murghabskim tanim hoteliku, taki miły i ciekawy, miał też jedną, dosyć przykrą konsekwencję. Uświadomił mi, że są rzeczy, których już nigdy w życiu nie zrobię. I choć chciałabym i pociągają mnie, nigdy się już nie zdecyduję na nie. Wybrałam inne życie. Mam dwoje dzieci, mogę je czasem zabrać w podróż, do Tadżykistanu albo na Kamczatkę, ale nie spędzę z nimi roku w amazońskiej dżungli jak rodzina freaków, o której opowiadał Wolfram. Nie pójdę pieszo z Paryża do Uzbekistanu jak para Francuzów, którą Jacques i Gires spotkali po drodze. Nie będę błąkać się z psem po bezdrożach Turcji jak pewien Niemiec, którego w Tbilisi poznali Ana i John, ani nie pojadę przez Iran do Indii na mule jak jakiś znajomy Gires’a.

Podróżowanie zawsze będzie dodatkiem do mojego życia, przyprawą wzmacniającą smak, ale nigdy nie będzie jego treścią.

Już pod koniec naszej rozmowy zastanawialiśmy się, czy podróżowanie ułatwia dzieciom normalne życie czy wręcz przeciwnie, uniemożliwia je. I wtedy właśnie Gires i ja, prawie jednocześnie, zapytaliśmy, jakoś tak retorycznie: – A kto w ogóle powiedział, że trzeba mieć normalne życie?

Ja swoje ułożyłam tak, jakby jednak trzeba było. Później, w nocy, wiercąc się na wąskim, twardym łóżku, zaczęłam się zastanawiać, czy słusznie. Wokół siebie słyszałam niespokojne oddechy mojej mamy i mojego młodszego syna. Im też wysokość nie dawała spać.

W końcu zaczęło świtać. Trzeba było wstawać, pakować plecak, ubierać syna, robić herbatę, umyć zęby i siadać do białej terenowej toyoty Ergasza. I znów moim jedynym życiowym problemem było to, na którą dojedziemy do granicy, ile nam zajmie jazda do najbliższego miasta i gdzie będziemy tam spać. Musiałam urządzić sobie moją małą strefę komfortu. Palący problem „normalnego życia” zbladł, tak jak gwiazdy nad budzącym się do kolejnego dnia Murghabem.

Ludwika Włodek – ur. 1976 w Warszawie. Jest adiunktem w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zajmuje się Azją Środkową. Pracuje też jako dziennikarka. Publikuje w „Gazecie Wyborczej”, „Kontynentach”, „Travelerze”, „Harper’s Bazaar”. W zeszłym roku wyszła jej książka „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter