Gwałt bez krzywdy?

Organizacje broniące praw człowieka od lat domagają się, by państwo nie traktowało gwałtu jako prywatnej sprawy osoby poszkodowanej, lecz jako poważne przestępstwo, które powinno być ścigane z urzędu

Il. Martyna Wójcik-Śmierska

SEBASTIAN DUDA, "W PUNKT" NR 4

Kilka miesięcy temu Danię obiegła informacja o gwałcie dokonanym na nastolatce przez pięciu szkolnych kolegów. Przestępstwo miało miejsce na prywatce w domu ofiary. Sprawa być może w ogóle nie wyszłaby na jaw, gdyby chłopcy nie zaczęli się w szkole przechwalać swymi „osiągnięciami”. Indagowana przez rodziców i nauczycieli dziewczyna przyznała, że co prawda uprawiać seksu z kolegami nie chciała, ale przecież są jej „bliskimi znajomymi”. A skoro tak, to trudno byłoby jej mówić w tym przypadku o gwałcie.

Wyjaśnienia zgwałconej zostały przyjęte z ulgą przez rodziców chłopców oraz przez reprezentujących ich prawników. Jeśli dziewczyna twierdzi, że do gwałtu nie doszło, to – ich zdaniem – sąd powinien przychylić się do jej opinii. Zmuszono ją do uprawiania seksu, ale ów seks uprawiany pod przymusem nie wywołał w niej poczucia krzywdy. Gdy zaś nie ma świadomości krzywdy u ofiary przestępstwa, trudno uznać za sprawców i winnych tych, którzy się inkryminowanego czynu dopuścili.

Nieskrępowany wybór

Rozumowanie takie może się wydawać postawione na głowie. Jednak warto pamiętać, że opiera się ono na wcale powszechnych w naszej cywilizacji przekonaniach, które streszczają się w następującej maksymie: można innemu robić absolutnie wszystko, dopóki ów inny czuje czy uważa, że swym działaniami i czynami go nie krzywdzimy. Tym samym osąd moralny uzależniony jest od subiektywnych odczuć kogoś, kto np. posiada zdolność do uznania siebie w odpowiednich (bo przecież nie w każdych) okolicznościach za ofiarę złych czynów popełnionych przez drugiego człowieka. Problem powstaje wtedy, gdy zdolność taka albo jest zaburzona, zanika, albo wręcz nie istnieje.

Subiektywne poczucie krzywdy jako miara osądu moralnego w nowoczesnej refleksji etycznej zostało wprowadzone przez dziewiętnastowiecznego myśliciela Johna Stuarta Milla. W jego słynnej rozprawie „O wolności” znalazły się znamienne słowa: „Jedynym celem usprawiedliwiającym ograniczenie przez ludzkość, indywidualnie lub zbiorowo, swobody działania jakiegokolwiek człowieka jest samoobrona, jedynym celem, dla osiągnięcia którego ma się prawo sprawować władzę nad członkiem cywilizowanej społeczności wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie innych. Jego własne dobro, fizyczne lub moralne, nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem”.

Pobierz cały numer

Milla uznaje się – i słusznie! – za piewcę wolności rozumianej jako możność nieskrępowanego wyboru. W naszej współczesności wolność taka ma wielu wyznawców, którzy całym sercem podpisują się pod hasłami brytyjskiego filozofa. Wierzą, że wolności utożsamionej z możnością nieskrępowanego wyboru potrzebna jest, jak pisał Mill, „nie tylko ochrona przed ingerencją władzy i religii; potrzebna jest także ochrona przed tyranią panującej opinii i nastroju; przed skłonnością społeczeństwa do narzucania (…) idei i praktyk jako reguł postępowania tym, którzy się z nimi nie godzą”. Te słowa stanowią do dziś podstawę politycznego liberalizmu.

Zasada szczęścia

Warto jednak pamiętać, że powoływali się na nie również prekursorzy i aktorzy dwudziestowiecznej rewolucji seksualnej – nawet ci, którzy z politycznym aktywizmem niewiele lub nic nie chcieli mieć wspólnego. Ostatecznie dobrze jest przecież myśleć, że nieskrępowana swoboda obyczajów ma solidną podbudowę filozoficzną. Wolność, której granicą jest „nieczynienie krzywdy innemu”, wydaje się całkiem sensowną opcją. Pozwala np. na realizację erotycznych pragnień, jakie w tradycyjnej chrześcijańskiej czy mieszczańskiej moralności budziły jedynie zgorszenie. Bo w obyczajowym liberalizmie przyjemność (płynąca zresztą głównie z konsumpcji, także seksualnej) pojmowana jest jako zasada szczęścia. W tym kontekście chrześcijaństwo ze swym ponurym kultem cierpienia i pracy oraz szczęściem lokowanym w zaświatach z pewnością nie wygląda szczególnie pociągająco. Sam Mill swoje etyczne poglądy opierał na mocnych tezach żyjącego w latach 1748–1832 Jeremiego Benthama, który w swym „Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa” pisał, że: „natura poddała rodzaj ludzki rządom dwu zwierzchnich władców: przykrości i przyjemności. Im tylko dane jest wskazywać, cośmy powinni czynić, oraz stanowić o tym, co będziemy czynili. Do ich tronu przytwierdzono z jednej strony miarę słuszności i niesłuszności, z drugiej łańcuch przyczyn i skutków. One rządzą nami we wszystkim, co czynimy, mówimy, myślimy…”.

Bentham zakładał, że szczęście polega na mnożeniu przyjemności. Pytanie tylko, czy wolno lub warto mnożyć wszystkie przyjemności bez wyjątku. Sam Bentham twierdził, że nie ma przyjemności lepszych lub gorszych. W zależności od okoliczności mogą one być co najwyżej uznane za mniej lub bardziej intensywne. Zatem nieuctwo, kradzież lub cudzołóstwo nie są złe dlatego, że za takie uznał je dobry Bóg na niebie, nasze sumienie czy zdrowy rozsądek. Zdaniem Benthama są one po prostu – „w ostatecznym rozrachunku” – mniej przyjemne od dobrej edukacji, praworządności i wierności małżeńskiej.

Mill, trzeba przyznać, był w tym względzie dużo mniej naiwny. Mimo to przejął od Benthama koncepcję przyjemności jako fundamentu szczęścia. Jednak fundament ten definiował również przez brak cierpienia. „Nauka, która przyjmuje za podstawę moralności użyteczność, czyli zasadę największego szczęścia – pisał w swym traktacie „Utylitaryzm”, którego tytuł dał nazwę całemu wpływowemu nurtowi we współczesnej filozofii – głosi, że czyny są dobre, jeżeli przyczyniają się do szczęścia, złe, jeżeli przyczyniają się do czegoś przeciwnego. Przez szczęście rozumie się przyjemność i brak cierpienia; przez nieszczęście – cierpienie i brak przyjemności.

Granice

Mill wiedział, że ludzie bardzo często oddają się przyjemnościom dość bezrefleksyjnie. Cudzołóstwo wcale nie wydaje się wielu mniej przyjemne od wierności małżeńskiej. Chodzi więc o to, by w odniesieniu do przyjemności wprowadzić zasadę hierarchii. Zdaniem Milla nie każda bowiem przyjemność jest godna człowieka. „Przyjemności bydląt nie odpowiadają ludzkim koncepcjom szczęścia – konstatował w „Utylitaryzmie”. – Ludzie mają potrzeby wznioślejsze niż zwierzęta i gdy je sobie raz uświadomią, odmawiają nazwy szczęścia wszystkiemu, co tych potrzeb nie zaspokaja (…) Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem. A jeżeli głupiec i świnia są innego zdania, to dlatego, że umieją patrzeć na sprawę wyłącznie ze swego punktu widzenia. Drugiej stronie oba punkty widzenia są znane”.

Wychodzi więc na to, że folgowanie niektórym przyjemnościom bywa wedle Milla działaniem poniżej godności własnej. Taki „godnościowy”, „płynący z wnętrza człowieka” impuls stawia tamę wolności pojmowanej jako możność nieskrępowanego wyboru. Nie jest to wszakże jedyna granica. Mill uznaje za słuszne ograniczenie wolności również prawo stanowione w państwie. W tym, kto dopuszcza się łamania prawa, nie należy widzieć człowieka wolnego, lecz przestępcę. Wreszcie autor „Utylitaryzmu” za granicę ludzkiej wolności uznaje też krzywdę innego człowieka. Jeśli mnożę przyjemności dla siebie i jednocześnie krzywdzę drugiego, dopuszczam się zła moralnego. Taki sylogizm w odniesieniu do seksualności w czasach po rewolucji seksualnej przez wielu uznawany jest za oczywistość. Jednak pozornie tylko może się zdawać, że nie wiążą się z nim już żadne problemy.

Bo jak być pewnym, że komuś istotnie wyrządzona została krzywda? Czy pewność taka powinna zaistnieć po stronie sprawcy, ofiary, lub też ich obojga? Czy raczej o popełnieniu i doświadczeniu zła moralnego powinno decydować coś jeszcze, np. państwowy wymiar sprawiedliwości?

Niestety, jak wiadomo, prawo stanowione w państwie może być pomocne tylko w niektórych sytuacjach, bo nie wszystkie czyny uznawane za moralnie naganne są określone w kodeksach jako przestępstwa. Z drugiej strony, jak tego dowodzi sprawa wspomnianej na początku duńskiej nastolatki, nie każda ofiara przestępstwa nosi też w sobie poczucie krzywdy. Czy jednak rację mają rodzice i adwokaci chłopców, którzy – spełniając własne pragnienia i dążąc do przyjemności – współżyli z ową dziewczyną wbrew jej woli, że dla sądu bardziej powinno się liczyć jej subiektywne poczucie braku krzywdy po fakcie niż deklarowany brak chęci przed i w trakcie wymuszonych aktów seksualnych?

Odpowiedzialność państwa

Z pewnością znajdą się tacy, którzy zgwałconą nastolatkę oskarżą o głupotę lub – co tylko pozornie wydaje się łagodniejszym określeniem – brak godności własnej. Ale można przypuszczać, że takie oskarżenia to jedynie warianty tzw. wtórnej wiktymizacji, z którą często spotykają się ofiary zgwałceń. Gwałciciele nader często przecież tłumaczą się w sądach, że zrobili to, co zrobili, bo czuli się „sprowokowani” (strojem, „wyzywającym” zachowaniem, wypiciem paru drinków bądź czymś innym jeszcze). Ich zdaniem zgwałcona osoba wysyłała sygnały, że chce uprawiać seks, a wyrażana niechęć do odbycia aktu była co najwyżej elementem erotycznej gry wstępnej. Tak się jakoś dzieje, że subiektywne poczucie krzywdy u zgwałconych odbierane jest nierzadko jako nierzeczywista mrzonka. Dlatego zdarza się, że to ofiary gwałtów, a nie ich sprawcy, uznawane są za winne! Wtedy za usprawiedliwienie gwałcicieli może służyć nawet fakt, że ofiary były ich znajomymi. W przypadku duńskiej nastolatki niepokój budzi to, że zdaje się ona przyjmować takie tłumaczenie za dobrą monetę.

We współczesnej cywilizacji zachodniej występuje coraz wyraźniejsza tendencja, by przypadków zadawania cierpienia drugiemu nie tłumaczyć przez pryzmat subiektywnych odczuć ofiar, sprawców czy obserwatorów. Dlatego liczne organizacje broniące praw człowieka od lat domagają się, by państwo nie traktowało zgwałcenia jak prywatnej sprawy osoby poszkodowanej, lecz jak poważne przestępstwo, które powinno być ścigane z urzędu bez przerzucania odpowiedzialności i obowiązków policji oraz innych państwowych instytucji na ofiary. Ich zdaniem zgwałcenie powinno być ścigane z urzędu, bo jest poważnym przestępstwem, a nie z tego powodu, że należy okazywać współczucie i wsparcie ofiarom. Gwałt to nie prywatna sprawa ofiary. Trzeba w nim widzieć czyn, który – podobnie jak dzieje się to w przypadku zabójstwa, napadu, pobicia czy przemocy w rodzinie – wymiar sprawiedliwości ma obowiązek ścigać i karać. Coraz więcej ludzi przyznaje też, że to państwo powinno być odpowiedzialne za przeciwdziałanie gwałtom (choćby przez uświadamianie społeczeństwu, że za gwałt odpowiada gwałciciel, a nie ofiara; że wstyd zgwałconych po doświadczonym złu nie może być traktowany jak powód do usprawiedliwiania sprawców).

Dostrzeżenie cudzej krzywdy

Sęk w tym, że dominująca po dwudziestowiecznej rewolucji seksualnej wśród licznych warstw społeczeństwa etyka utylitarystyczna nie pomaga w uzyskaniu takiej świadomości. Jeśli ktoś konsekwentnie przyjmuje perspektywę utylitarystyczną (nawet w surowym wydaniu Milla), z uzasadnieniem obiektywnego zła gwałtu może mieć pewien kłopot. A subiektywne poczucie krzywdy ofiary niestety, jak uczy doświadczenie, łatwo udaje się zakwestionować i sprawcom, i agendom państwowym.

Przypadek młodej Dunki pokazuje też, że zdarza się, iż sama zgwałcona nie chce lub nie potrafi zgodzić się na bycie ofiarą. Być może zgwałconej dziewczynie wydaje się, że w konsumpcyjnym, nastawionym na maksymalizację przyjemności świecie (a przecież innego nie zna) taki status oznacza gorszość, nieprzystosowanie do powszechnie uznanego modelu dążenia do szczęścia. W takim kontekście w wymuszonym seksie przestaje się widzieć zło. O ileż łatwiej myśleć, że ostatecznie dostarczyło się tylko przyjemności znajomym, co być może należałoby uznać za dobre. Wbrew pozorom w sytuacji, gdy przyjmuje się za własną koncepcję etyczną, w której pojęcie ludzkiej godności (rozumianej jako fundament przysługujących człowiekowi praw) nie odgrywa pierwszoplanowej roli, takie rozumowanie wcale nie musi być uznane za absurdalne.

Co więcej, bezrefleksyjne dążenie do maksymalizacji własnych przyjemności może sprawić, że samo dostrzeżenie cudzej krzywdy przez tych, którzy zadali cierpienie, staje się wyjątkowo trudne. W trakcie korzystania z uroków nieskrępowanej wolności łatwo bowiem ulec złudzeniu, że spełnianie naszych pragnień zawsze jest kompatybilne z pragnieniami innych. Szybko zapomina się wtedy o granicach stawianych wolności przez Milla. Nietrudno też uznać wyrażane przez drugiego człowieka poczucie krzywdy za wydumane i fałszywe. Nieskrępowana wolność, mnożenie przyjemności i brak cierpienia nie przestają być wówczas oznakami szczęścia.

A że tacy szczęśliwcy nie są często w stanie dostrzec, że są sprawcami cierpienia innych? Cóż, w naszej cywilizacji chcemy przecież za wszelką cenę likwidować cierpienie (szczególnie własne). Wygodnie jest wtedy zarzucać ofiarom np. interesowność, nadwrażliwość lub głupotę i łudzić się, że, co jak co, ale takich ludzi skrzywdzić niepodobna.

Sebastian Duda – teolog, filozof, redaktor magazynu „W Punkt”; wcześniej publicysta „Newsweek Polska” i redaktor miesięcznika „Przegląd Powszechny”; wykładowca na Studiach Gender w IBL PAN, współprowadzi seminaria w Centrum Myśli Jana Pawła II; członek Laboratorium Więzi


Warning: require(footer.php): failed to open stream: No such file or directory in /home/masaprasy/domains/magazynwpunkt.com/public_html/teksty/gwaltbezwiny.php on line 110

Warning: require(footer.php): failed to open stream: No such file or directory in /home/masaprasy/domains/magazynwpunkt.com/public_html/teksty/gwaltbezwiny.php on line 110

Fatal error: require(): Failed opening required 'footer.php' (include_path='.:/usr/local/php54/lib/php') in /home/masaprasy/domains/magazynwpunkt.com/public_html/teksty/gwaltbezwiny.php on line 110