Dać się rozhuśtać Miłości

O wiele bardziej niż o jassie „Miłość” Filipa Dzierżawskiego jest filmem o tym, dlaczego nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki. Nie dziwi mnie jednak, że mimo ryzyka i pamięci o urazach Tymański, Możdżer, Trzaska i Sikała zdecydowali się na ten eksperyment

fot. dzięki uprzejmości Gutek Film

JOANNA PODSADECKA, "W PUNKT" NR 3

Film nagrodzony Złotym Lajkonikiem na Krakowskim Festiwalu Filmowym opowiada o legendarnym trójmiejskim zespole Miłość, który tworzyli dwudziestolatkowie: Tymon Tymański, Leszek Możdżer, Mikołaj Trzaska, Jacek Olter i Maciej Sikała.

Obraz rozpoczyna się w momencie, kiedy byli członkowie kapeli spotykają się w sali prób, żeby przekonać się, czy możliwe jest wskrzeszenie energii sprzed lat. Tymański, lider zespołu i inicjator ponownego spotkania, dla idei reaktywacji znajduje sprzymierzeńca w osobie Możdżera. Na ich twarzach maluje się wielka chęć, by zaryzykować i jeszcze raz dać się rozhuśtać Miłości, przymierzyć zapamiętane emocje. Sikała wchodzi w to, ale bez większego entuzjazmu. Trzaska natomiast od początku ma ogromne wątpliwości. Miejsce nieżyjącego perkusisty Jacka Oltera (popełnił samobójstwo w 2001 r.) zajmuje Kuba Staruszkiewicz. Gdy rozpoczyna się próba, w powietrzu czuć napięcie. Artyści spoglądają na siebie badawczo zza instrumentów, wydaje się, że boją się spłoszyć nadzieję na porozumienie.

Spotkanie byłych kochanków

Czasem mam wrażenie, że hiperentuzjastyczne recenzje, jakie zbiera film Dzierżawskiego, dotyczą nie samego obrazu, ale barwnej historii kapeli z Trójmiasta. Bo że nadaje się ona na wielowątkowy film, jest poza dyskusją. O wiele lepiej jednak od dokumentu Dzierżawskiego opowiada ją książka Sebastiana Reraka „Chłepcąc ciekły hel” (tytuł zapożyczony z jednej z kompozycji grupy Miłość) – imponująca monografia polskiej sceny jassowej. Bardzo porządna analiza zjawiska, rozmowy z jassowcami, szerokie tło. Z tych 550 stron dowiadujemy się, jak ewoluował jass, jak zmieniali się jego twórcy i czym pulsowało Trójmiasto 20 lat temu. „Postanowiłem ją napisać, ponieważ tak bardzo chciałem ją przeczytać” – wyznaje Rerak. Warto sięgnąć po „Chłepcąc ciekły hel”, bo z filmu Dzierżawskiego trudno wywnioskować, czym był jass, który tak zawrócił w głowie dzisiejszym czołowym polskim instrumentalistom.

„Yass był wszystkim i niczym. Wielką blagą, przełomem, hucpą i zmianą. Pęknięciem formy i marketingowym chwytem. Tworzył manifesty, łamał zasady, pokazywał dupę” – pisze Rerak. On też, zanim pojawił się film o Miłości, wyjaśniał, dlaczego reaktywacja zespołu nie może się udać: „Historia jest po to, aby ją opowiedzieć dla wyciągnięcia wniosków, rozbawienia, poruszenia. Nie powinno się jej zaś odtwarzać na nowo, udając, że aura minionych chwil powróci na komendę lub za odpowiednie honorarium. Każdy huczny jubel naznaczony jest szkarłatną literą żenady”. Te słowa brzmią bardzo mocno, gdy znamy finał historii opowiedzianej przez Dzierżawskiego.

O wiele bardziej niż o jassie, „Miłość” jest filmem o tym, dlaczego nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki. Rerak twierdzi, że nie można „uwodzić się artefaktami sprzed lat”. Nie dziwi mnie jednak, że mimo ryzyka, mimo pamięci o urazach muzycy zdecydowali się na ten eksperyment. Chcieli wskrzesić swoją młodość, poczuć jej żar. Przypomnieć sobie siebie z tamtego czasu. Temperaturę tamtych muzycznych spotkań i marzeń. Narażają się na porażkę, rozdrapywanie nie do końca zagojonych ran, dają się ponieść emocjom, tęsknocie za tym, co było, i wydawało się, że się nie powtórzy. „Myśmy bardzo wierzyli, że zmienimy świat. Że rozmontujemy całą kulturę i zmontujemy ją na nowo. Naprawdę wierzyliśmy w to” – wspominał kiedyś Możdżer.

„Miłość po latach jest jak spotkanie byłych kochanków – gdzieś tam w głębi tlą się resztki uczuć, rodzi się jakaś nostalgia i chęć rozpalenia na nowo dawnej namiętności. Okazuje się to jednak niemożliwe. Nie to miejsce, nie ten czas, a oni już nie tacy młodzi” – celnie zauważa Rafał Pawłowski w Portalu Filmowym.

Moment, w którym Tymański uświadamia Możdżerowi, że wszyscy poza nimi wycofali się z udziału w Off Festivalu, na który w 2009 r. zaprosił reaktywowaną Miłość Artur Rojek, to jedna z najlepszych scen w filmie (obok pełnej napięcia wspólnej próby po latach i kadrów pokazujących bliskość relacji Trzaski i Tymańskiego).

Nie tylko gadające głowy

Oglądałam „Miłość” w czasie Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Po seansie publiczność zadawała pytania reżyserowi obecnemu na sali. Ktoś podziękował mu za zachowanie obiektywizmu, który zdaniem widza przejawia się tym, że każdy z bohaterów dostaje tyle samo czasu na wypowiedzenie się. A to przecież nie liczba podarowanych minut stanowi o tym, czy człowiek został pokazany uczciwie. Od reżysera zależy, jakie wypowiedzi zostawi, o co dopyta, w jakim świetle go pokaże, jak bardzo będzie się starał go zrozumieć.

Mam zastrzeżenia do tego, w jaki sposób w filmie zostali przedstawieni Leszek Możdżer oraz Jacek Olter. Filip Dzierżawski na spotkaniu w Krakowie z pewną niechęcią mówił o nakręconym dziewięć lat temu dokumencie „Olter” Krystiana Matyska. Tłumaczył, że chciał zrobić coś ciekawszego, niż tylko pokazać „gadające głowy”. Film bardziej interesujący formalnie nie musi być jednak głębszy. A mam wrażenie, że obraz Matyska dociera o wiele głębiej, wielowymiarowo pokazuje genialnego perkusistę, nieradzącego sobie z samym sobą.

Wydaje się, że Dzierżawski rzetelnie pokazał milczącego, pracowitego Sikałę, który między słowami przyznaje się do alkoholizmu zakłócającego jego pracę w zespole. Z pewnością udało się też reżyserowi uchwycić energię Tymańskiego. Widzimy jego szaloną ekspresję i nie dziwi nas, że akurat on był jassowym prowodyrem. Doskonale rozumiemy też, dlaczego do tamtego okresu ma sentyment. Widać wyraźnie, że udziałem w tym filmie chce oddać hołd Miłości.

Pięknie uchwycił Dzierżawski to, co stanowiło o sile relacji Trzaski i Tymańskiego, którzy w pewnym okresie byli niemal nierozłączni. „Może byliśmy gejami, nie pamiętam” – mówi roześmiany Tymański. W widzu rodzi się czułość dla tej ich bliskości. Tym bardziej wstrząsające są opowieści o wyrzuceniu saksofonisty z zespołu. I o tym, jak mu się zawalił świat. W oczach Trzaski widzimy żal, z którym do dzisiaj sobie nie poradził. Może to dlatego muzyk ma potrzebę rozliczenia się z tamtym czasem, tamtymi decyzjami. Odżywają w nim urazy sprzed lat.

Od początku widać wyraźne napięcie pomiędzy nim i Możdżerem. Pianista mówi tylko, że przed laty nie potrafił docenić dzikości serca Mikołaja Trzaski, drażniło go za to, że ten nie trafia w tercje. Nie ma odwagi jednak recenzować dzisiejszych muzycznych poczynań saksofonisty. Trzaska natomiast bez oporów uderza w kolegów, w Możdżera przede wszystkim. Choć przyznaje, że Możdżer poświęcił sporo czasu na uczenie go, dziś nie chciałby być w jakikolwiek sposób kojarzony z pianistą. Zdaniem Trzaski Możdżer nie wie, czym jest miłość do muzyki. A jedyne, co go dziś zajmuje, to kreowanie wizerunku i zarabianie pieniędzy. Dopiero wtedy, gdy to mówi, widz uświadamia sobie, dlaczego Trzaska na próbie po latach tak uważnie obserwował milczącego Możdżera. Dokładnie zapamiętał, jak ten był ubrany, uczesany, żeby potem wykrzyczeć do kamery, co mu się w nim nie podoba. Żalu Trzaski jest w tym filmie naprawdę dużo, aż tyle, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ten artysta o rozmarzonych oczach po prostu nie zazdrości koledze, że odniósł światowy sukces i zarabia większe pieniądze.

Facet na rozdrożu

Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że nikogo poza Trzaską reżyser w czasie setki nie zapytał, co dziś jest dla niego w muzyce najważniejsze, po co to robi, czego szuka. Saksofonista ma pole do popisu, by zarzucić kolegom zdradę ideałów i opowiedzieć o tym, co się dla niego liczy. Jawi się jako ten, którego muzyka niesie, natomiast Tymański, a w większym stopniu Możdżer – jako faceci na rozdrożu, którzy zagubili radość grania (Możdżer mówi, że marzy mu się coś o energii dawnej Miłości, a ostatnio grał rzeczy, które aż tak go nie cieszyły). Wrażenie to potęguje scena, w której pianista śmieje się do Tymańskiego, że ten chyba nie wie, czym są duże pieniądze za występ (Tymon odpowiada: „Lechu, ty żyjesz w krainie bogów, ja w krainie ludzi”).

Nie dając Możdżerowi możliwości odpowiedzenia na ciężkie zarzuty (być może nie chciał z niej skorzystać, ale to nie jest pokazane), reżyser – może nieświadomie – staje się rzecznikiem Trzaski. To dlatego moim zdaniem film wybrzmiał nieprawdziwie.

Nie można pokazywać kompozytora, któremu jednak trochę zawdzięczamy, jakby nie wiadomo skąd przychodził. Dzierżawski nie powinien dać się zwieść, oddawa tematu walkowerem; powinien za to chcieć zrozumieć każdego ze swoich bohaterów. Mam wrażenie, że w przypadku Możdżera nie zadał sobie tego trudu. Zarzuty Trzaski brzmią w uszach jeszcze po wyjściu z kina.

Ale czy można nie kochać muzyki i w wieku 42 lat mieć na koncie ponad sto nagranych albumów? Przyjrzałam się dyskografii Możdżera. Słuchałam żarliwych kompozycji z płyt: „Between Us and the Light”, „Piano” i „Komeda”. Poczytałam też, w jaki sposób opowiada o pasji, która stała się jego zawodem: „Muzyka jest miłością mojego życia. Ona mnie odżywia, ubiera, płaci moje hotele i przeloty, sprawia, że jestem interesujący dla ludzi, dzięki niej wstaję rano, to dla niej chcę być trzeźwy, zdrowy i silny. Kiedy komponuję muzykę do jakiegoś filmu, rano budzę się cały gorący”. Nie wiem, dlaczego Filip Dzierżawski nie uznał za atrakcyjne tego, co o świecie dźwięków ma do powiedzenia Możdżer, ale niewątpliwie zubożył tym pejzaż po Miłości.

Ogień Miłości?

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o jassie, posłuchaj płyt trójmiejskich kapel. Poczytaj trochę. Choć znaleźć dobrą lekturę nie będzie łatwo, bowiem monografia „Chłepcąc ciekły hel” Sebastiana Reraka nigdy nie trafi na półki księgarń. Do niedawna była dystrybuowana bezpłatnie przez Stowarzyszenie A Kuku Sztuka – po tym jak wyczerpał się nakład, jest już białym krukiem.

„Miłość” pokazywana jest w kinach od 9 sierpnia. Film wywołołuje silne emocje, szczególnie gdy zastanawiamy się nad konfliktem Trzaska – Możdżer. Wyjdziesz z kina jako rzecznik jednego albo drugiego. Inaczej chyba się nie da. Zostałeś wciągnięty w tę historię. Idź jednak dalej i uświadom sobie, że nie ścierają się tu tylko ambicje i odmienne temperamenty, ale przede wszystkim różne wizje muzykowania.

Żaden z byłych członków zespołu Miłość nie przestał mieć ognia w głowie. Tylko każdy z nich używa innych środków, by świat słuchacza mógł zapłonąć. Dzikość serca artysty bezbłędnie rozpoznasz sam. Emocji nie da się oszukać.

Joanna Podsadecka – absolwentka dziennikarstwa oraz latynoamerykanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 2005 r. współpracuje z Wirtualną Polską. Autorka książki „Gen ryzyka w sobie miał…” (o Jerzym Turowiczu opowiadają m.in. ks. Adam Boniecki, Janina Ochojska-Okońska, prof. Andrzej Szczeklik i Adam Michnik) oraz obszernej monografii „Krąg Turowicza” (wspólnie z Witoldem Beresiem i Krzysztofem Burnetką)

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter