Rzeczy wspólne

Niski kapitał społeczny – to nasza wina

MIŁADA JĘDRYSIK, "W PUNKT" NR 2

Miłada Jędrysik. Fot. Kinga Kenig

Co myśmy zrobili? My, czterdziestolatki i starsi, którzyśmy przeprowadzali polską transformację. Jak doprowadziliśmy do tego, że tak wielu młodych chce w życiu liczyć tylko na siebie? Wielu z nich nie martwi nawet to, że jeśli nie pomogą innym, to prawdopodobnie i im nikt nie pomoże. Przecież w młodości mieli być socjalistami, żeby wyrosnąć na porządnych ludzi… Może to politycznie niepoprawne powoływać się na Bismarcka, ale czemu u nas jest odwrotnie: im kto młodszy, tym bardziej chce głosować na Korwina-Mikkego?

To nasza wina, bo przez lata powtarzaliśmy, że młodzi noszą buławę w plecaku, „wasz los jest w waszych rękach”. Że państwo to niewydolna machina, urzędnicy zajmują się głównie prostowaniem bananów, a lekarze braniem łapówek. To prawda, że państwo jest częściowo niewydolne, urzędnicy zajmują się również prostowaniem bananów, a niektórzy lekarze biorą łapówki. Ale jeśli nawet byłoby gorzej, niż jest, to czy odwracać się od społeczeństwa i państwa plecami? Czy nie byłoby zasadniej – bo lepiej nie tylko dla mnie i Rafała Hetmana, lecz także dla całej wspólnoty mieszkających w tych współrzędnych geograficznych – żeby próbować coś naprawić?

Pobierz cały numer

Brak zaufania i szacunku do państwa to wyróżnik niskiego kapitału społecznego. Wynika on z naszej trudnej historii, ale też za mało zrobiliśmy przez te 24 lata, żeby go zbudować. Z takim zapałem budowaliśmy wolny rynek, że jego ciemne strony spychaliśmy na margines i zwulgaryzowaną wersją liberalizmu zmonopolizowaliśmy publiczną debatę. Ale teraz budzimy się w państwie, które choćby z racji obowiązków nałożonych nań przez członkostwo w Unii Europejskiej nie może być tym odchudzonym, niewidzialnym państwem z marzeń ultraliberałów.

No dobrze, to także wynik procesów długiego trwania – pańszczyzna, zabory, komunizm. Trudno w takich warunkach myśleć o rzeczach wspólnych. Na Sycylii czy w Neapolu, którymi przez wieki rządzili obcy, brak identyfikacji z państwem wyzwolił podobne myślenie. Z tą różnicą, że tam bardziej dbają o rodzinę i klientalne powiązania, które pozwalają przetrwać w nieprzyjaznym świecie.

Podobnie jak Rafał Hetman i „pokolenie Y” myślano już w latach 90., kiedy wprowadzono podatek dochodowy. Wszyscy ucieszyli się z luki w prawie podatkowym, pozwalającym na odliczanie fikcyjnych darowizn. „Państwo nie oferuje mi odpowiednich usług, to i ja nie muszę być lojalny wobec państwa” – tłumaczyły się wtedy bardzo „porządne” osoby, podsuwając mi do podpisu oświadczenie, że coś tam mi darowują na niby.

Teraz rośnie liczba osób zatrudnionych na tzw. umowy śmieciowe i niechęć do danin wobec państwa przenosi się na składki ZUS. Znam dużo młodych na „śmieciowych” umowach, którzy myślą podobnie jak Hetman. Jedni zgrzytają zębami i płacą, ale tłumaczą sobie, że nie ma to sensu, bo i tak emerytury z tego nie będzie. Inni nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, bo przecież i tak leczą się prywatnie. Tylko że akurat z obowiązków wobec nas państwo nie rezygnuje. Nie pracujesz, nie płacisz składek – trafisz pod skrzydła opieki społecznej. Nie chorujesz – ale jeśli ty (albo ktoś z twojej rodziny) będziesz w stanie zagrożenia życia, będą cię leczyć. Za składki płacone przez innych.

System ochrony zdrowia jest niewydolny. W systemie emerytalnym jest dziura, a w nowym kapitałowym modelu może się okazać, że nie dobrniemy do minimalnej emerytury. Wtedy wypłaci nam ją państwo. Jeśli dziś kogoś nie stać na opłacanie składki, też może się znaleźć na „emerytalnym garnuszku”. Ale im mniej dziś chcemy się dzielić zarobionymi przez nas pieniędzmi z innymi – za pośrednictwem państwa – tym bardziej przyczyniamy się do niewydolności systemu.

Powiem szczerze: jedyne, co do czego miewam wątpliwości, to abonament telewizyjny. Bo czy telewizja spełnia misję publiczną? Płacę tylko radiowy, telewizji nie oglądam, więc nie jestem z prawem na bakier. Ale teraz myślę, że lepiej płacić i zaangażować się na rzecz tego, by telewizja rzeczywiście pełniła misję.

Nie każdy ma czas i predyspozycje, żeby to robić czynnie – uprawiać politykę czy działać społecznie. Głosowanie na polityków, którzy obiecują, że uzdrowią system emerytalny, opiekę zdrowotną i publiczne media, brzmi jak dowcip, bo większości zapowiedzi nie realizują. Ale na polityków można wywierać nacisk, można wspierać aktywistów. Wpłacić na fundację, która działa na tę rzecz. Napisać felieton, który do tego przekonuje. Zabrać „im” swoje pieniądze – czy to przez niepłacenie abonamentu, czy składki emerytalnej – to takie proste, ale niczego nie rozwiązuje.

Czy państwo z definicji nie potrafi dobrze zagospodarować pieniędzy obywateli? W krajach skandynawskich potrafi. W państwie nieskorumpowanym i nieklientalnym, zbudowanym na wartościach wspólnotowych, większej liczbie obywateli żyje się dobrze, nierówności społeczne są mniejsze. Ale do tego potrzeba szacunku dla rzeczy wspólnych, mozolnego budowania wspólnoty i rozwiązywania konfliktów w drodze wspólnego namysłu i wielostronnego kompromisu.

Brak poszanowania rzeczy wspólnych widzimy dziś w edukacji – w teorii powinna wszystkim zaoferować równe szanse nie tylko na wejściu, lecz także na wyjściu. Ale w praktyce nawet szkoły publiczne segregują. Uczniowie kończący jedne placówki mają większe szanse na sukces niż ci z innych. To dlatego, że do segregacji dąży klasa średnia, wybierająca dla swoich dzieci lepsze szkoły, przez co inne robią się gorsze. Jak mówił na czerwcowym kongresie edukacji wybitny pedagog prof. Tomasz Szkudlarek – nie wystarczy pracować z wykluczonymi. Trzeba przekonać klasę średnią, że solidarność się jej opłaca. Bo w solidarnym społeczeństwie są mniejsze szanse – upraszczając do graficznego skrótu – że po latach były kolega z klasy wyszarpnie ci portfel w ciemnym zaułku.

Boję się, że jeśli nie będziemy szanować rzeczy wspólnych, tylko wypierać ze świadomości, że unikając płacenia składek, „zabieramy” emeryturę naszym babciom i dziadkom, bez tej międzypokoleniowej solidarności staniemy się „cząstkami elementarnymi”, które nawet w powieściach Houellebecqa budzą przerażenie. Będzie się nam po prostu źle żyło.

Wolę umowy śmieciowe – pisze Rafał Hetman

Miłada Jędrysik – dziennikarka i publicystka, redaktorka magazynu „W Punkt”; przez 20 lat była związana z „Gazetą Wyborczą”, korespondentka podczas konfliktów na Bałkanach (Bośnia, Serbia, Kosowo) i w Iraku

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter