Teatr bezpieczeństwa

Przy braku zaufania między państwem a społeczeństwem nawet najnowocześniejsze technologie nas nie ochronią

Ilustracja: Alan Iwanowski-Pineiro

TEKST JAROSŁAW MARCZUK, "W PUNKT" NR 2

W maratonie wystartowało ponad 23 tysiące zawodników. Uczestniczyli w nim obywatele 92 państw. Ich zmaganiom przyglądały się setki tysięcy osób – w przeważającej większości mieszkańcy Bostonu. Nagle w tłumie eksplodowały bomby. Byli zabici i ranni.

Pobierz cały numer

Po każdym zamachu terrorystycznym pada standardowe pytanie: jak to możliwe, że do niego doszło? Na celownik trafiają politycy – aby ratować własną skórę i jakoś uspokoić społeczeństwo, zapowiadają szczegółowe kontrole i dochodzenia. Krytykuje się służby specjalne, które przecież są od tego, by podobnym zdarzeniom zapobiegać. Wreszcie zapowiada się zmiany: choćby wprowadzenie nowych systemów bezpieczeństwa. W Stanach Zjednoczonych po zamachach z 11 września 2001 roku zaostrzono kontrole na lotniskach, odbierając pasażerom prawo wnoszenia na pokład samolotu na przykład obcinaczy do paznokci czy zapalniczek. Miało to zapobiec kolejnym atakom. Na darmo. W 2009 roku Nigeryjczyk Umar Farouk próbował zdetonować w samolocie lecącym z Amsterdamu do Denver bombę ukrytą w bieliźnie. Nie udało mu się to tylko dlatego, że ładunek wybuchowy był wadliwy. Dla niedoszłego zamachowcy-samobójcy skończyło się to poparzeniem genitaliów oraz dożywotnim pobytem w więzieniu.

Skutkiem tej próby zamachu był gwałtowny wzrost liczby instalowanych skanerów ciała na amerykańskich lotniskach (z 40 pod koniec 2009 roku do ponad 370 w listopadzie 2010 roku). Pasażer staje w specjalnej metalowej klatce, która prześwietla jego ciało, po czym na ekranie komputera ochrony pojawiają się zdjęcia danej osoby bez ubrania. Amerykańska TSA (ang. Transportation Security Agency), zajmująca się między innymi strzeżeniem portów lotniczych, przekonuje, że użycie klatki czyni loty pasażerskie bezpiecznymi. A jednak ze względu na składniki chemiczne wykorzystane do produkcji bomby i ich proporcje skaner ciała i tak by jej nie wykrył w bieliźnie Nigeryjczyka.

Zaufanie i kamera

Truizmem jest stwierdzenie, że aby normalnie żyć, trzeba czuć się bezpiecznie. Chcę być pewny, że gdy wyjdę z domu, nikt mnie nie napadnie na ulicy albo nie staranuje samochodem, gdy będę przechodził po pasach przez jezdnię. Wsiadając do autobusu, zakładam, że kieruje nim dobrze przeszkolony kierowca, pojazd jest w dobrym stanie technicznym, a żaden ze współpasażerów nie wiezie na sobie bomby. Wierzę również w to, że bezpieczne jest moje mieszkanie i pod moją nieobecność nikt się do niego nie włamie. W końcu jest zamknięte na klucz i znajduje się na strzeżonym, monitorowanym osiedlu, po którym kręci się mnóstwo osób. Także mój laptop – narzędzie pracy – powinien być bezpieczny. Skoro inwestuję w płatne, aktualizowane oprogramowanie antywirusowe, stosuję się do rad ekspertów i nie klikam bezmyślnie we wszystko, co pojawi się na ekranie, sądzę, że nic mu nie grozi. Zlecam przelew internetowy – wierzę bankowi, że dobrze zabezpieczył moje pieniądze. Kupuję żywność i obstawiam, że nie sprzedaje się jej z domieszką arszeniku albo innej trucizny.

Profesor Piotr Sztompka podkreśla, że zaufanie jest niezbędnym elementem sprawnego funkcjonowania społeczeństwa. Dzięki niemu życie staje się bardziej przewidywalne. Wytwarza się poczucie wspólnoty i łatwiej o współpracę. Powstanie klimatu zaufania jest długotrwałym procesem, wspieranym przez rozmaite czynniki, w tym środki bezpieczeństwa, które mają zapobiegać przestępstwom oraz pomagać w wykrywaniu ich sprawców.

Jeden z najczęściej spotykanych środków bezpieczeństwa to monitoring. W Wielkiej Brytanii jest aż 1,85 mln kamer (z tego około 51 tys. obsługiwanych przez policję), czyli blisko 20 procent wszystkich znajdujących się na świecie (dane z 2012 roku). Z tego blisko pół miliona (prywatnych i publicznych) działa w samym Londynie. Przeciętny londyńczyk jest przez nie nagrywany trzysta razy dziennie. Zwolennicy monitoringu podkreślają, że dzięki kamerom udaje się znacznie ograniczyć przestępczość. Z badań przeprowadzonych w 2009 roku na Uniwersytecie Northeastern i Uniwersytecie w Cambridge wynika, że ich użycie w dużych miastach przyczyniło się do spadku liczby przestępstw na parkingach o 51 procent, a w transporcie miejskim o 23 procent. W tym samym roku skuteczność systemu monitoringu przeanalizowała brytyjska policja. Okazało się, że w ciągu jednego miesiąca system pomógł w uchwyceniu zaledwie 8 z 269 podejrzanych o napad rabunkowy.

Raport sporządzony przez brytyjskich parlamentarzystów był jeszcze bardziej druzgoczący. Rocznie tylko jedna na tysiąc kamer w Londynie pomogła w wykryciu sprawców przestępstwa. Biorąc pod uwagę, że wydano na nie 200 tys. funtów, koszt złapania jednego kryminalisty wyniósł 20 tys. funtów! A to nie koniec. System monitoringu nie zapobiegł również zamachom samobójczym w Londynie w 2005 roku ani zamieszkom w 2011 roku.

Nie spisał się najlepiej także poza Wyspami Brytyjskimi. Na niewiele się zdał przy okazji ataku terrorystycznego w Bostonie oraz w ujęciu (pomimo uchwycenia przez kamerę) „gejbombera”, który osiem lat temu w Warszawie podłożył 14 atrap bomb. Jaki jest zatem sens masowego instalowania kamer? Doskonale wyjaśniła to rzeczniczka prasowa brytyjskiego Home Office, która w reakcji na krytykę brytyjskich dziennikarzy powiedziała BBC, że systemy monitoringu przede wszystkim „pomagają społeczeństwu czuć się bezpieczniej”.

Iluzja

Zeszłej zimy ostatnie piętro bloku, w którym mieszkam, zamieniło się w menelownię. Ktoś zaczął wymazywać na ścianach graffiti, zniszczył nożem okno, w wolnej chwili ciskał przez nie puszkami po piwie i niedopałkami. Moja wspólnota mieszkaniowa opłaca firmę ochroniarską, która teoretycznie powinna zająć się problemem. Jednak po interwencji okazało się, że obowiązki ochroniarzy są inne, niż można by sądzić. Ich głównym zadaniem był obchód, czyli wędrowanie od budynku do budynku o ustalonej godzinie, by odhaczyć swoją obecność dzięki specjalnemu czujnikowi. Ci panowie niczego nie pilnowali. Mieli się wyłącznie pokazywać, sprawiać, żeby mieszkańcy czuli się bezpiecznie, a nie po prostu strzec ich bezpieczeństwa.

Podobny mechanizm działał na amerykańskich lotniskach po 11 września. Przy bramkach kontrolnych rozstawiono wówczas członków Gwardii Narodowej uzbrojonych w karabiny. Budzili respekt i dzięki nim pasażerowie czuli się bezpieczniej. Broń, którą żołnierze trzymali, nawet nie była nabita.

Bruce Schneier z wyglądu przypomina podstarzałego hipisa. Długie włosy spięte w kucyk, gęsta, siwiejąca broda. W internecie można znaleźć mnóstwo memów z jego udziałem. Te najpopularniejsze przedstawiają Chucka Norrisa z twarzą Schneiera. Amerykanin, z wykształcenia informatyk, kryptograf i inżynier fizyk, jest najbardziej znanym ekspertem od szeroko pojmowanego bezpieczeństwa na świecie. Blog „Schneier on Security” odwiedzają rocznie miliony internautów, a jego książki cieszą się niesłabnącą popularnością.

Jak zauważa Schneier, gdy myślimy o wprowadzeniu danego środka bezpieczeństwa, musimy oszacować całkowite koszty jego użytkowania. Nie tylko finansowe, lecz także ograniczenia, jakie wiążą się z jego zastosowaniem w zakresie ochrony prywatności czy swobody poruszania się (na przykład płot wokół osiedla). Nie jest to wcale proste. Po pierwsze – z powodu naszej nie najlepszej zdolności do oceny zagrożenia. Wyolbrzymiamy niebezpieczeństwa statystycznie rzadkie (zamachy terrorystyczne), nieznane nam z doświadczenia, o których dużo się mówi w mediach. I na odwrót – prawdopodobieństwo wystąpienia zagrożeń związanych z codziennymi czynnościami, takimi jak jazda samochodem, umniejszamy. Kolejnym elementem jest „delegacja odpowiedzialności”, czyli zjawisko, które obserwujemy za każdym razem, gdy wydarzy się coś złego, np. zamach terrorystyczny, zamieszki czy szczególnie nagłośniony gwałt. Jest to żądanie kierowane przez społeczeństwo do rządzących (krajem, służbami porządkowymi, wspólnotą mieszkaniową). Wyraża się ono w krótkim zdaniu: „Niech ktoś coś z tym zrobi!”.

Rządzący, jeżeli liczą na reelekcję, utrzymanie pracy lub po prostu święty spokój, muszą na tak postawione żądanie zareagować. Nie chodzi jednak o rzeczywiste działania, lecz o pozory. Efekt jest taki, że na lotniskach w Stanach Zjednoczonych wprowadza się skanery ciała, które nie spełniają swojej funkcji, tak jak w Londynie kamery monitoringu. Z drugiej strony w skali lokalnej zatrudnia się firmy ochroniarskie, które ze względu na niechęć wspólnot mieszkaniowych do ponoszenia większych wydatków z nimi związanych, są wyłącznie na pokaz. W obydwu przypadkach tworzy się iluzję bezpieczeństwa lub, jak określa to Schneier, teatr bezpieczeństwa.

Skutki złej sztuki

Teatr bezpieczeństwa jest wygodny dla wszystkich jego aktorów. W przypadku systemów monitoringu niebezpieczeństwo zagrażające społeczeństwu zostaje zniwelowane (pozornie), a bierność członków tego społeczeństwa, gdy na przykład są świadkami rozboju, przynajmniej częściowo usprawiedliwiona (potwierdzają to choćby badania przeprowadzone przez fundację Panoptykon w 2012 roku – 44 procent respondentów w przypadku zainstalowania kamer monitoringu czuło się zwolnionych z konieczności interwencji w sprawie napadu). Władza zyskuje przychylność wyborców i alibi na wypadek, jeśliby się coś rzeczywiście wydarzyło, a prywatne firmy – szansę na porządny zarobek. Wszystko wydaje się funkcjonować prawidłowo. Otóż – wcale nie!

Od zarania dziejów było tak, że przestępcy szukali nowych metod kontynuowania procederu niezgodnego z prawem, podczas gdy państwo i społeczeństwo próbowały ich powstrzymać. Obydwie strony korzystały w tym wyścigu z nowinek technologicznych. Tak samo jest dziś. Nowe technologie, których działania większość z nas nie rozumie, wydają się obiecywać łatwe rozwiązania skomplikowanych problemów: im więcej będziemy widzieć, tym bardziej spadnie przestępczość; im więcej będziemy wiedzieć o innych, tym mniejsze szanse, że zdarzy się zamach terrorystyczny. Ale niezależnie od tego, co zrobimy, do nieprzewidzianych zdarzeń i tak będzie dochodzić. Pełny monitoring internetu sprawi, że przestępcy znajdą inne kanały komunikacji lub po prostu sięgną po dobre programy szyfrujące (jakby już tego nie zrobili). Obserwowanie przez kamery każdego centymetra ulicy zmusi ich do dopracowania planów, a nie do ich porzucenia (ile było napadów na banki, kiedy system monitoringu, chociaż działał, nie przyczynił się do pojmania sprawców?). Użycie nowych technologii w bezpieczeństwie jest niezbędne, ale nigdzie nie jest powiedziane, że państwo musi wygrać w wyścigu z przestępcami. A już na pewno małą szansę na wygraną z nimi ma społeczeństwo, któremu wmawia się bajki.

To złudzenie, że jeżeli zamontujemy jeszcze jedną kamerę, postawimy następnego strażnika, pozwolimy na podsłuchanie kolejnego telefonu, zwiększymy szansę na to, że nic złego nam się nie stanie. Nigdy nie będziemy stuprocentowo bezpieczni. Niezależnie od tego, jakich środków użyjemy, morderstwa i zamachy terrorystyczne będą się zdarzać. A tym, co może im zapobiegać w najskuteczniejszy sposób, nie są nowe technologie.

Schneier – zapytany po zamachach na World Trade Center przez reportera CNN, jak można zapobiec podobnemu aktowi terrorystycznemu w przyszłości – przewrotnie odpowiedział, że wystarczy uziemić wszystkie samoloty. Rzecz jasna nie zdecydowano się na to – ani społeczeństwa, ani linii lotniczych nie było na to stać. W tej sytuacji po kilku latach wprowadzono do użytku skanery ciała. Jednak ciężar ich zastosowania przerzucono na pasażerów linii lotniczych, których zmuszono albo do występowania nago przed agentami TSA, albo do przechodzenia bardzo szczegółowych kontroli osobistych. Podobnie jest z polskim monitoringiem. Z braku kompleksowych regulacji prawnych instaluje się kamery tam, gdzie popadnie – od ulic i dworców po przedszkola. Przez nie tracimy prawo do prywatności jak wtedy, gdy służby w sposób niekontrolowany, a często zapewne także nieuzasadniony, sięgają po nasze bilingi i dane geolokalizacyjne.

Zabawa w udawanie bezpieczeństwa, której koszty ponosi społeczeństwo, prowadzi do utraty wiarygodności przez władzę. To ważne. Brunona K., podejrzanego o przygotowanie zamachu na Sejm i najwyższe polskie władze, nie wykryły kamery ani bilingi. To jego żona prawdopodobnie zawiadomiła służby. W Bostonie, gdyby nie pomoc tysięcy ludzi, którzy na prośbę FBI nadesłali zdjęcia i filmy z maratonu, być może do dzisiaj trwałyby poszukiwania sprawców. Bez zaufania między państwem a społeczeństwem w zapewnieniu nam bezpieczeństwa nie pomogą nawet najnowocześniejsze technologie. Warto zatem – za każdym razem, gdy w służbie bezpieczeństwu dopuszcza się do użytku nowe technologie – zastanowić się nad wszystkimi kosztami ich użycia, czy i w jakim stopniu rzeczywiście dane rozwiązania są skuteczne. Należy poddać publicznej debacie pomysł ich wprowadzenia do użytku i zanim je zastosujemy – opatrzyć odpowiednimi regulacjami prawnymi.

Korzystałem z książek:

Bruce Schneier, „Beyond Fear: Thinking Sensibly About Security in an Uncertain World”, New York 2003.

Bruce Schneier, „Liars and Outliers: Enabling the Trust that Society Needs to Thrive”, Indianapolis 2012.

Piotr Sztompka, „Zaufanie. Fundament społeczeństwa”, Kraków 2007.

Jarosław Marczuk – niezależny dziennikarz, z wykształcenia antropolog kulturowy. Pisze o tym, jak nowe technologie zmieniają świat, podróżuje i zgłębia wiedzę o Rosji i Kaukazie. Publikował między innymi w „Polityce”, „Bloomberg Businessweek Polska”, Wirtualnej Polsce

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter