Wolę umowy śmieciowe

Nie potrafię zaufać państwu

RAFAŁ HETMAN, "W PUNKT" NR 2

Rafał Hetman. Fot. Kinga Kenig

Wolę umowy śmieciowe. Wolę ubezpieczać się sam. Wolę odkładać co miesiąc stówkę do skarpety, niż wprowadzić własne pieniądze do czarnej dziury, jaką jest system emerytalny w Polsce. I dziwi mnie, że większość Polaków nie robi tak samo. Czy na pewno cały ten socjal, który oferuje państwo, jest nam niezbędny do życia?

Policzyłem na kalkulatorze, że gdybym od 30. roku życia (bo teraz jestem zbyt młody, by myśleć o emeryturze, i zbyt mało zarabiam, żeby pozwolić sobie na comiesięczną składkę) co 30 dni odkładał po tysiąc złotych aż do 67. roku życia, zebrałbym 444 tysiące złotych. Tysiąc złotych to ogromna składka; sam nie wiem, czy przyszłe zarobki pozwolą mi tyle odkładać. Na tym samym kalkulatorze policzyłem, że gdybym żył 100 lat, z zaoszczędzonych pieniędzy mógłbym do śmierci pobierać co miesiąc ponad 1120 zł. To niewiele. Więc albo powinienem założyć, że skrócę żywot, by móc pobierać ze swoich oszczędności odrobinę więcej, albo musiałbym zwiększyć horrendalnie wysoką prywatną składkę emerytalną. Mógłbym też pracować dłużej.

Pobierz cały numer

Oczywiście te same dylematy dotyczą działania państwa. Ale który polityk zdecyduje się zwiększyć składki? Kto odważy się podwyższyć wiek emerytalny? Ratunku moglibyśmy szukać u przyszłych pokoleń – licząc, że będzie nas więcej, że będzie kto miał pracować na nasze emerytury. Tymczasem przyrost naturalny nie większy niż dwa procent nie zapowiada nam złotej jesieni życia. Po co więc dawać pieniądze państwu, które wlewa je w niewydolny system? Naturalny odruch każe mi się bronić. Głowa podpowiada, żebym sam o siebie zadbał.

Wspomniałem o tzw. umowach śmieciowych. Nie od dziś wiadomo, że umowa o pracę nie gwarantuje regularnych comiesięcznych przelewów na konto. Złudne jest też poczucie, że taka umowa daje większą stabilizację. Każdą umowę można wypowiedzieć, każdego można zwolnić.

W umowach „śmieciowych” widzę przede wszystkim możliwości, a nie zagrożenia. Stabilność, jaką daje umowa o pracę, nazywam nudą. Niepewność, którą zarzucają „śmieciówkom” jej przeciwnicy, nazywam wolnością. Dzięki niższym kosztom, jakie ponosi pracodawca zatrudniający mnie na taką umowę, mogę liczyć na odrobinę większe wynagrodzenie. Tę, nazwijmy to, nadwyżkę mogę przeznaczyć na dowolny cel, ale najrozsądniej byłoby ją wydać na ubezpieczenie i moją prywatną składkę emerytalną.

To ja wiem, co jest dla mnie ważne, co jest mi potrzebne. Państwo może co najwyżej podsuwać mi pewne rozwiązania, ale nie powinno oczekiwać, że ze wszystkich ofert będę z chęcią korzystać. Słowo „oferta” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo państwo powinno działać jak supermarket – kupuję w nim tylko to, czego potrzebuję, co lubię, co przyda się w domu. Kiedy jestem głodny, kupuję chleb, mleko, szynkę. Kiedy w domu zepsuje się szafka, kupuję gwoździe i narzędzia. Kiedy mam ochotę na rozrywkę w jakości HD, kupuję telewizor. Za wszystko płacę, a manager supermarketu przeznacza zyski na utrzymanie sklepu.

Nikt nie każe mi kupować gruszek, mimo że ich nie lubię. Nikt nie wciska mi na siłę karty lojalnościowej. Mogę się na nią zdecydować, ale nie muszę. Menedżer cieszy się tylko, że przyszedłem i dałem mu zarobić. Tymczasem w Polsce większość z nas woli, chce, jest zmuszona (każdy niech w tym miejscu znajdzie słowo, które do niego pasuje) oddawać co miesiąc swoje pieniądze państwu. Bo robią tak niemal wszyscy.

Ktoś powie: przecież pieniądze ze składek przeznaczane są na bieżące wypłaty emerytur, a na emerytury tych, którzy obecnie pracują, będą pracowały ich dzieci i wnuki. To znaczy: jeśli przestaję płacić składki, odbieram babci część pieniędzy. No dobrze – tylko czy warto w imię solidarności rodzinnej czy społecznej tkwić w niewydolnym systemie?

Chciałbym ładować jak najmniej pieniędzy w różnego rodzaju systemy, które firmuje państwo. Grzecznie będę płacić podatki, bo wiem, że są one potrzebne np. do zapewnienia mi bezpieczeństwa. Z własnej woli nie dam jednak ani grosza na wszelkiego rodzaju ubezpieczenia społeczne. A swoją solidarność społeczną wolę demonstrować, wrzucając pieniążek do skarbonki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Bo społeczeństwu obywatelskiemu mówię zdecydowane tak – to ono daje szansę na rozwiązanie problemów, z którymi nie radzi sobie państwo. Małe grupy, które organizują się w konkretnym celu, są o wiele sprawniejsze w działaniu niż wielki, ociężały organizm państwowy.

Natomiast system emerytalny jest moim zdaniem źle wymyślony i źle zarządzany. Sam roczny koszt utrzymania systemu informatycznego ZUS-u, jak powiedział w maju prezes Zakładu Zbigniew Derdziuk, wynosi 800 mln złotych. Dla porównania: w 2010 roku Facebook wydał na utrzymanie serwerów 50 mln dolarów. Wtedy z portalu społecznościowego korzystało 500 milionów użytkowników, dziś ZUS przechowuje dane o prawie 16 milionach osób aktywnych zawodowo.

Rozumiem, że organizowanie emerytury po swojemu nie jest dla każdego. Nie wszyscy mają ochotę i siłę na eksperymenty emerytalne czy ubezpieczeniowe. Pieniądze, które obiecuje państwo, może nie są największe, ale są pewne i to jest ich największa wartość.

Z drugiej strony nie potrafię zaufać państwu. Wszystko, co państwowe, kojarzy mi się z powolnością i nieudolnością. Państwowe urzędy – kolejki, procedury, brakujące świstki, problemy. Państwowa służba zdrowia – kolejki, procedury, odsyłanie od drzwi do drzwi, znów kolejki i pretensje, że w ogóle żyję. Polskie Koleje Państwowe – niepunktualność, chaos. Jak tu powierzyć państwu własne pieniądze?

Rzeczy wspólne – odpowiada Miłada Jędrysik

Rafał Hetman – redaktor magazynu „W Punkt”, publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, dzienniku „Polska The Times”, „Angorze”. Pracował w portalu TVN24.pl, założył lokalny portal informacyjny JastrzebieOnline.pl, z którym stale współpracuje

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter