Marzeniem tym zaciągam się

Kuba Badach liczy, że wszystko wróci wkrótce do normy sprzed ślubu

Kuba Badach 20 kwietnia w Poznaniu. Fot. Paweł Jaskółka / Reporter

TEKST JOANNA PODSADECKA, "W PUNKT" NR 2

O Kubie Badachu do niedawna pisano, że to „najbardziej uznany w środowisku nieznany polski artysta”. Nie interesowały się nim portale plotkarskie do momentu, gdy zaczął spotykać się z Aleksandrą Kwaśniewską. Mimo to Badach – lider Poluzjantów, wokalista mający na koncie dwa Fryderyki, a w dodatku utalentowany kompozytor – ucieka od całego tego zgiełku, kiedy tylko może. Mówi: „Chcę robić muzykę, nie karierę”.

Nie tylko mąż

Media z upodobaniem donoszą, że dorabia się na nazwisku żony. Ale nie zająkną się nawet, że koncertuje po kraju z jazzowym zespołem The Globetrotters, a także z materiałem z solowej płyty „Tribute to Andrzej Zaucha”. Że w lubelskim Teatrze Starym występuje z Dorotą Miśkiewicz i lokalnymi artystami w jazzowym widowisku Włodzimierza Pawlika „Wieczór”, będącym próbą interpretacji wierszy Czechowicza. Że w kwietniu w Poznaniu był gościem Adama Sztaby na koncercie z cyklu Taste The Music. Sporo jak na faceta, którego największym dokonaniem jest doprowadzenie córki byłej pary prezydenckiej do ołtarza, prawda?

Pobierz cały numer

Choć portale internetowe nie przestają kreować alternatywnej rzeczywistości, melomani wiedzą, że to nie od ślubu z Kwaśniewską Badach występuje przy pełnej widowni. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się występy Poluzjantów. Kilka miesięcy temu kapela pojechała w trasę promującą album „Tak po prostu”, wydany… 12 lat temu. Nagrali go jako dwudziestoparoletni studenci Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Nikt nie pomógł im w promocji płyty, nie było więc wtedy trasy koncertowej. Jednak album z tekstami Janusza Onufrowicza rozszedł się po Polsce „dziwnymi kanałami” – za sprawą szeptanej reklamy. Po kilku latach zespół zaczął dostawać zaproszenia na koncerty, ale wtedy grał już inny materiał. Dopiero niedawno ruszył więc w trasę, w którą nie pojechał 12 lat temu. Dość niecodzienne.

Na „Tak po prostu” Badach śpiewał:
„Nie musisz grać
przede mną nic,
nie musisz brać
ze sobą bagażu:
szafy min,
zbroi kpin,
zapomnij,
cały ten kobiecy kram
bez niczego,
jak Bóg stworzył,
tak dzisiaj do mnie przyjdź
ubrana tylko w blask”.

Tak po prostu wiarygodni

Dlaczego dość zajęci muzycy zdecydowali się na reedycję debiutanckiego krążka? Spełniają życzenie fanów. To ukłon w stronę ludzi, dzięki którym udało im się zbudować karierę na swoich warunkach – przez solidne granie na żywo, bez lansowania się w mainstreamowych mediach.

„Grupa zagorzałych wielbicieli” brzmi jak truizm, ale jak określić ludzi spotykających się na rozbudowanym forum entuzjastów Poluzjantowego grania? Jeżdżą za zespołem po całej Polsce, proszą wytwórnię o dotłoczenie debiutanckiego albumu i robią to tak długo, aż dopną swego. A gdy ktoś wystawi album na licytację w serwisie aukcyjnym, nie pozwalają kupić go za mniej niż kilkaset złotych. 950 złotych – tyle fani są w stanie zapłacić nawet za używany krążek „Tak po prostu”. Ale od 15 listopada już nie muszą wykładać astronomicznych sum – płytę można kupić po koncertach. Wydawałoby się, że bez wsparcia mediów nie jest możliwe zbudowanie takiego żelaznego elektoratu. A jednak.

Poluzjanci grają muzykę z pogranicza funky, jazzu, etno, rocka i R&B. Funkcjonują poza głównym nurtem. „Mała apokalipsa”, „Słodycz”, „Prosta piosenka” czy „Nie ma nas” to utwory, których próżno szukać na playlistach stacji radiowych. Gdy na polskim rynku roi się od natrętnie lansowanych produktów muzykopodobnych, oni przypominają, że to z dala od efekciarstwa obliczonego na szybki zysk i muzycznych kompromisów rodzi się artystyczna wiarygodność.

„Wszędzie jesteśmy niezupełnie, wszystko robimy nie do końca”

Choć istnieją i koncertują od kilkunastu lat, wydali tylko trzy płyty. Przed „Trzema metrami ponad ziemią” (2011) były wspomniana „Tak po prostu” (2000) i „Druga płyta” (2010). Dwie ostatnie wyszły w niezależnej wytwórni Penguin Records, należącej do Pauliny Przybysz (połowy duetu Sistars).

Na pytanie, dlaczego po debiucie kazali czekać na następny album aż 10 lat, odpowiadali: „Bo ciąża słonia trwa prawie dwa lata. Serio. Ale za to efekty tej ciąży ludzie stawiają na półkach jako symbole szczęścia. A nikt jeszcze nie udowodnił, żeby słonie na szczęście stawiały na meblach małe ludziki. Proszę więc sobie wyobrazić stworzenie o sześciu, w porywach do siedmiu trąb i oto właśnie Poluzjanci. Trąby… Taki stwór, o tylu trąbach, musi chodzić w ciąży, ze względu na budowę anatomiczną, około dziewięciu lat. Ale jak już coś wyda na świat, to ludzie postawią to na półce nie po to, żeby się kurzyło”. W tym czasie – jako kompozytorzy, producenci, muzycy sesyjni – Poluzjanci wzięli udział w nagraniu ponad 200 innych albumów.

Na ich drugim krążku znalazło się miejsce na opowieść o niechęci do pogoni za kolorowymi wydmuszkami, które podsuwa świat.
„Uchlej się i puszczaj,
to jest styl.
Zabij, gdy dowódca
każe ci.
Gdy w to wątpię,
nagle słyszę, że:
To normalne
przyzwyczaj się…
(…) Zwariuj,
radzę ci,
żeby
jakoś żyć.
Normalny
już dziś jest tylko świr”
– śpiewał Badach.

Dziś pyta:
„Czego szczęście jest wynikiem?
Czy wystarczy być trybikiem?”.
Nie przestaje dzielić się obserwacjami:
„Marzeń uczą nas reklamy
takie same wszyscy mamy”.
I wyciąga wnioski:
„Bo skoro wciąż
się wyrwać w długą
nam stąd myśli chcą,
to chyba znak,
że ten świat
grubo gdzieś się myli”.

W „Trzech metrach ponad ziemią” Poluzjanci zabierają tam, gdzie obiecują, a przy okazji zawstydzają wszystkich hochsztaplerów, którzy wdzięczą się do nas z ekranów TV. Płyta kołysze („Dwa na dwa”), wzrusza („Galaktyczny”), ściska za gardło („Wbrew sobie”), wreszcie – burzy spokój („Zamykam oczy”).

Robić swoje

Badach twierdzi, że jego świat „rozsypałby się bez muzyki”, i na każdym kroku podkreśla, że nie szuka taniej popularności. „Mam dwa wyjścia: albo podporządkować się trendom i zacząć robić muzykę, która jest do dupy, albo robić swoje”.

Rozpoczynał karierę jako dwunastolatek. Wtedy w towarzystwie gigantów sceny jazzowej – Henryka Miśkiewicza i Zbigniewa Namysłowskiego – nagrał pierwszą solową płytę z kompozycjami Wiesława Pieregorólki do słów m.in. Jacka Cygana. Potem z kolegami z Akademii Muzycznej w Katowicach założył Polucjantów vel Poluzjantów. Badach od lat współtworzy też quasi-jazzową grupę The Globetrotters, mającą na koncie kilka anglojęzycznych płyt. Przez parę lat koncertował z Kayah; grali m.in. w nowojorskim Lincoln Center, stworzyli duet Najpiękniejsi.

W 2009 roku wyszedł jego solowy album – „Obecny. Tribute to Andrzej Zaucha”. Badach ma na koncie współpracę z Ewą Bem, Anią Szarmach, Dorotą Miśkiewicz, Sistars… No i Fryderyki w kategorii Wokalista Roku 2011 i 2012.

Mówi, że uwiera go to, co w ostatnich miesiącach dzieje się wokół niego. Liczy jednak, że wszystko wróci wkrótce do normy sprzed ślubu. Wyznaje, że wiele lat temu – przy okazji tras jazzowych z zespołem The Globetrotters – przekonał się, że odbiorców tego typu muzyki, jaką tworzy, zazwyczaj nie interesuje prywatne życie artysty, a jedynie to, co ma do powiedzenia na scenie.

Joanna Podsadecka – absolwentka dziennikarstwa oraz latynoamerykanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 2005 r. współpracuje z Wirtualną Polską. Autorka książki „Gen ryzyka w sobie miał…” (o Jerzym Turowiczu opowiadają m.in. ks. Adam Boniecki, Janina Ochojska-Okońska, prof. Andrzej Szczeklik i Adam Michnik) oraz obszernej monografii „Krąg Turowicza” (wspólnie z Witoldem Beresiem i Krzysztofem Burnetką)

Zobacz, jak czytać "W PUNKT" na urządzeniach z Androidem i na komputerze.



Facebook Twitter